Witajcie!

Zapraszam do odkrycia moich pasji. Nie jest to mój pierwszy blog, mam nadzieję, że ten wytrzyma próbę czasu, zgodnie z maksymą: Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, to co napisane, pozostaje). Nie próbuję zbudować sobie horacjańskiego pomnika ze spiżu, chcę natomiast żyć zgodnie ze sobą i wartościami, którymi się kieruję. Taki też będzie mój blog.

sobota, 27 października 2012

"Jest wielka miłość uczyła święta babcia"

(...) jest wielka miłość
uczyła święta babcia
pozostaję jej wierny
miłość za Bóg zapłać

To fragment wiersza ks. Jana Twardowskiego Tak mało. Niby tak mało, a okazuje się, że potrzeba tak wiele. Nie tyle, by się zakochać, bo o to dzisiaj stosunkowo łatwo. Wystarczy czasem chwila. Impression z parku, sklepu czy tegoż porannego zatłoczonego autobusu, który omalże nam nie uciekł (albo i uciekł, tak się czasem zdarza). Zauroczenie. Podobno zresztą mówi się również o miłości od pierwszego wejrzenia - choć w tym przypadku właściwsze byłoby określenie "zakochanie się". Konieczne jest zatem, by pojawiła się ONA lub pojawił się ON... A potem flirt, fascynacja - fascynujące spojrzenia, fascynujące rozmowy. Rodząca się bliskość między dotąd obcymi sobie osobami. Nie potrzeba wiele. Il suffisait de te parler pour t'apprivoiser (Wystarczyło z tobą rozmawiać, by cię oswoić) - śpiewał w swoim wielkim przeboju Joe Dassin.

Ale potrzeba o wiele więcej, by móc iść dalej. By przejść drogę od zakochania do miłości. Bo wbrew pozorom miłość to nie uczucie. Na początku, owszem, dominują uczucia i to bardzo pozytywne. Zakochać SIĘ - niejako dlatego, że podoba nam się to, jak druga osoba na nas działa. Że czujemy motylki w brzuchu. Że wciąż o niej myślimy. Do tego dochodzi bliskość fizyczna - dotyk, przytulenie. Ale to jeszcze nie miłość. To, że jest nam z kimś dobrze, nie wystarczy do podjęcia decyzji o małżeństwie. Bo tak jak zgodnie z przysłowiem Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, tak o partnerze (chłopaku, dziewczynie) najpełniej świadczy codzienność. Szare czasem życie. Zmęczenie w oczach, gdy już znikł gdzieś ten błysk, który tak nas zauroczył. Kłótnie. Czy obraża mnie? Czy wyzywa? Czy umyślnie rani? A może zamierza wspólnie ze mną rozwiązać problem, jaki się pojawił? Nie chce rywalizować, ale pomóc. Nie pragnie grać w przeciwnej drużynie, ale współpracować dla naszego wspólnego dobra.

Miłość buduje się stopniowo w poświęceniu dla drugiej osoby. W trosce, czułości, jaką się jej okazuje. W poszanowaniu jej samej właśnie jako Osoby. Odmiennej ode mnie, ale przecież nie gorszej. Kobieta i mężczyzna mają do spełnienia różne role w życiu, ale są tak samo wartościowi. Ta inność zarówno męska jak i kobieca jest atutem każdego z nas. Realizujemy się w obecności drugiego. Oczywiście bardzo ważna jest wspólnota, to, co nas łączy, wspólne wartości, pasje, zajęcia, zainteresowania. To jednak tylko baza. Niezbędna jest nadbudowa. Akceptując to, co nas dzieli, nie należy zapominać o tym, że miłość ma być wymagająca. Wymagajcie od siebie, nawet jeśli inni od was nie wymagają - mówił bł. Jan Paweł II. W związku bowiem chodzi również o to, by każdy się rozwijał, by każdy stawał się lepszy. Jednym słowem, by każdy zbliżał się do życia wiecznego.

Potrzeba realistycznej oceny, trzeźwego myślenia. Nie tylko uczuć. Oboje - kobieta i mężczyzna - mogą to uczynić, jeśli do jej emocjonalnej postawy na świat doda się jego racjonalizm i rozumowanie. A więc ponownie współpraca. Do tej układanki nie pasuje mi seks przed ślubem. Nie sadzę, by był on konieczny do pełnego poznania. Pomijając oczywiste wykroczenie przeciwko VI przykazaniu, może nam się wyłączyć trzeźwe myślenie - bo skoro jest nam tak dobrze, to dlaczego jest tak źle (po ślubie)? Na etapie przedmałżeńskim dopiero uczymy się prawdziwej miłości. Tej zaś nikt nie ujął lepiej niż św. Paweł w swoim Hymnie o miłości w 1 Liście do Koryntian.

Miłość cierpliwa jest. Jakże często tej cierpliwości zdaje się nam brakować. Nie tylko jeśli chodzi o seks. Po ślubie ludzie nieraz nie mają siły (ochoty), by walczyć o swój związek. Coraz więcej mamy rozwodów. Małżonkowie zapominają o słowach przysięgi małżeńskiej. I w takiej sytuacji staje się ona tylko czczą formułką. Bo po co przysięgało się wierność, jeśli się jej nie dotrzymuje? Po co przysięgać na dobre i na złe, skoro bywa, że zostaję tylko na dobre, a na złe już nie, bo za trudno? Miłość jest trudna, ale jest wielka miłość uczyła święta babcia. Jej wielkość i piękno zależą od nas.

czwartek, 25 października 2012

O miłości słów kilka - zwiastun

O miłości powiedziane zostało już wiele. Zaśpiewane, napisane, namalowane. Dziś oddaję głos pewnemu Panu i pewnej Pani... Niech to będzie zwiastun moich refleksji, które gdzieś już mi się w głowie tworzą, ale żadnej konkretnej formy jeszcze nie przybrały. Zwiastun wyjątkowy i czuły. Romantyczny i zmysłowy.


When I fall in love - Nat King Cole & Natalie Cole 

And the moment I can feel that
You feel that way too
Is when I fall in love with you

When I fall in love it will be forever

Or I'll never fall in love
In a restless world like this is
Love is ended before it's begun
And too many moonlight kisses
Seem to cool in the warmth of the sun

When I give my heart

(Give my heart)
It will be completely
(Completely)
Or I'll never give my heart
(Give my heart)

And the moment I can feel that

You feel that way too
Is when I fall in love
(When I fall in love)
With you

Ooh, this love feels so right


(When)

When I give my heart
(I give my heart)
It will be completely
(Completely)
Or I'll never give my heart
(Never, never, never give my heart)

And the moment I can feel that

You feel that way too
Is when I fall in love
When I fall in love
Is when I fall in love with you

I love you 

poniedziałek, 15 października 2012

Jeszcze o Smoleńsku

Zapewne większość czuje się już przesycona informacjami na ten temat. Niektórych pewnie też swego czasu drażnił sam widok Antoniego Macierewicza. Koronny argument tychże to wykorzystywanie tragedii do celów politycznych. Cóż to ma w ogóle znaczyć? Czyżby - "zostawcie umarłych umarłym"? Bo chyba nie - "pozwólcie rodzinom ofiar dobrze przeżyć czas żałoby"? Dwa lata temu okazało się, że najlepiej, gdyby żałoby w ogóle nie było. Zresztą państwo i tak zdało egzamin, więc po co poruszać jeszcze ten temat.

Otóż nie. Non omnis moriar. Powtórny pogrzeb Anny Walentynowicz uzmysłowił nam, że zmarli jednak nie dają o sobie łatwo zapomnieć. Cóż za perfidia z ich strony - czyżby też byli za PiS? Co więcej, kolejne ekshumacje nie są wcale wykluczone. Być może więcej osób spoczywa nie tam, gdzie powinna. Nikt nie chce się przyznać do winy - Prokurator Generalny Andrzej Seremet sugerował nawet, że to rodziny błędnie zidentyfikowały ciała swoich bliskich. Typowe. Również Marszałek Sejmu RP Ewa Kopacz nie ma sobie nic do zarzucenia. Oczywiście. Czy państwo, które odmawia wzięcia odpowiedzialności za błędy, nieścisłości, kłamstwa, pośpiech i zbytnią ufność Rosjanom (tak tłumaczyła się właśnie Ewa Kopacz) jest państwem, które zdało egzamin? Jak się okazało, nawet sprowadzenie ciał i pochowanie ofiar sprawiło problemy...

Tymczasem gdzieś w Polsce... Spuszczony ze smyczy naczelny (w zasadzie polemizowałabym, czy należący do naczelnych) i ujadający piesek Platformy Stefan N. zasugerował, że rodziny powinny zapłacić za ponowne pochówki swoich krewnych. W końcu to bez znaczenia, gdzie leżą, prawda? Z kolei główny noblista Lech W. posunął się do stwierdzenia, że przecież wszyscy mogliby spocząć w jednej wspólnej mogile. O ileż mniej byłoby wtedy problemów. W końcu modlić się można w domu. I zapalić wirtualny znicz. A, przepraszam, przecież w obecnych czasach modlitwa jest już passé! Zresztą zgodnie z promowanymi ostatnio hasłami pewnej partii Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę. Czy jakoś tak. Dokładnie nie wiem, bo na szczęście nie widziałam jeszcze tych billboardów.

A podobno prawa do pochówku nie sposób odmówić. Podobno ofiary, które zginęły w obozach koncentracyjnych mają swoje miejsca pamięci. Podobno groby naszych bliskich odwiedzamy, by ich wspomnieć - nie tylko od święta. Podobno to niemieccy naziści i komuniści grzebali wszystkich zbiorczo, jak leciało. Podobno ludzie ludziom zgotowali ten los (cyt. Z. Nałkowska).

A dziś jaki my im gotujemy los? Umarłym. Ale i żywym, którzy o nich pamiętają i chcą wyjaśnić to, co wydarzyło się ponad dwa lata temu.

poniedziałek, 8 października 2012

Pocałunek (poza)małżeński?

Prowokujące, prawda? Bynajmniej nie zachęcam nikogo do zdrady. Jeśli chodzi o miłość, to jestem zasadnicza - podkreślając zawsze wierność, uczciwość (nie tylko tę, którą przysięgamy przed ołtarzem, ale wobec każdego oczywiście). Pewnie patrząc z perspektywy braku zasad dzisiejszego świata, jestem dość nudna, ale tak, bawi mnie to. Bo wierność jest cudna. Z drugiej strony i w miłości jest wiele z racjonalizmu, trzeźwego patrzenia na świat, nie wystarczą same emocje, bo i miłość nie jest przecież uczuciem. Potrzeba także samozaparcia, determinacji. Krótko mówiąc walki.

Dzisiejszy temat jednak jest trochę inny. Pewnie niejedna z nas, kobiet, wyobrażała sobie ten dzień, kiedy stanie ze swoim wybrankiem serca (i rozumu!) przed ołtarzem. Większości panów też kiedyś czeka chwila, kiedy będą musieli porzucić tę upragnioną przez nich wolność i "dać się zakuć w małżeńskie kajdany".

Jednakże TEGO dnia nie trzeba wcale stanąć przy ołtarzu jednocześnie z Nim czy też z Nią. Bo jakkolwiek Kodeks rodzinny i opiekuńczy bezwzględnie wymaga jednoczesnej obecności przyszłych małżonków zarówno w USC jak i w Kościele (czy też innej świątyni danego związku wyznaniowego), to możliwe jest również zawarcie małżeństwa przez pełnomocnika w trybie art.6 k.r.o. Może to nastąpić tylko z ważnych powodów i za zezwoleniem sądu. O zezwolenie występuje zawsze osoba zamierzająca udzielić pełnomocnictwa do zawarcia małżeństwa - czyli przyszły ewentualny mocodawca (art.563 k.p.c.). Od sądu zależy, czy uzna dane okoliczności za powody uzasadniające zawarcie małżeństwa przez pełnomocnika. Toteż "żadna z góry określona sytuacja osoby ubiegającej się o zezwolenie na złożenie przez pełnomocnika oświadczenia o wstąpieniu w związek małżeński (...) nie może być sama przez się uznana za ważne powody w rozumieniu powołanego przepisu" (uchwała (7) SN z 6 czerwca 1970, sygn. III CZP 27/70). Ponadto koniecznym wymogiem jest również i ten, by pełnomocnictwo zostało udzielone na piśmie z podpisem notarialnie poświadczonym i by wskazywało osobę, z którą małżeństwo ma być zawarte (niedopuszczalne jest pełnomocnictwo blankietowe, dające wybór osoby przyszłego małżonka). Należy przypomnieć, że pełnomocnictwo to nie jest instytucją prawa cywilnego, lecz instytucją swoistą zawierającą w sobie również elementy czynności posłańca (przekazuje on bowiem oświadczenie woli w imieniu udzielającego pełnomocnictwo).

Wyżej wspomniane wymogi są konieczne i niezbędne do zawarcia ważnego związku małżeńskiego. W innym bowiem wypadku mocodawca będzie mógł żądać jego unieważnienia (art. 16 k.r.o.) Zatem związek nie stanie się nieważny ex lege (z mocy prawa). Tym bardziej, że jeśli małżonkowie zamieszkali razem i podjęli wspólne życie (przepis mówi o wspólnym pożyciu), to już nie będzie można unieważnić małżeństwa.

Pocałunek przed ołtarzem z taką osobą byłby jak najbardziej małżeński, tyle że pełnomocnik dokonałby go (jak to sucho i prawniczo brzmi!) w imieniu prawowitego małżonka. Choć szczerze mówiąc nie wiem, czy pełnomocnictwo mogłoby do tego upoważniać. Zdecydowanie wolałabym jednak mężowskiego, osobistego buziaka. Takiego romantycznego, na dobry początek. A nie "zastępczego".

wtorek, 2 października 2012

Cabrel...

To kolejna moja pasja. Francisa odkryłam kiedyś na etapie nauki francuskiego i od razu się nim zachwyciłam. I zachwycam do dziś. Każda jego piosenka ma w sobie to coś, tę magię. A teksty, które zresztą sam pisze, są bardzo różnorodne - od miłości, która, jak wiemy, niejedno ma imię, po piosenki "zaangażowane" poruszające takie problemy jak imigracja, tolerancja, ochrona środowiska.

Wiele jest tych ulubionych, ale jest jedna jedyna, od której wszystko się dla mnie zaczęło. Nosi tytuł  La Corrida i pochodzi z albumu Samedi soir sur la Terre wydanego w 1994 roku. Piosenka ta pisana i śpiewana jest z perspektywy byka, mającego wziąć udział w korridzie. Nie rozumie co się dzieje. Byk jest niemal ludzki, przemawia ludzkim głosem, wyraża swoje żale. Pyta retorycznie, jak można tańczyć i bawić się nad czyimś grobem. Ponieważ korrida to "wynalazek" hiszpański, zapewne dlatego w piosence pojawiają się wersy po hiszpańsku (zresztą Cabrel znacznie częściej śpiewa w tym języku). O samym wykonawcy szerzej kiedy indziej, dziś przede wszystkim TA piosenka. Dla miłośników języka francuskiego zamieszczam tekst:

Depuis le temps que je patiente
Dans cette chambre noire
J'entends qu'on s'amuse et qu'on chante
Au bout du couloir ;
Quelqu'un a touché le verrou
Et j'ai plongé vers le grand jour
J'ai vu les fanfares, les barrières
Et les gens autour

Dans les premiers moments j'ai cru
Qu'il fallait seulement se défendre
Mais cette place est sans issue
Je commence à comprendre
Ils ont refermé derrière moi
Ils ont eu peur que je recule
Je vais bien finir par l'avoir
Cette danseuse ridicule...

[Refrain] :
Est-ce que ce monde est sérieux ? x2
Andalousie je me souviens
Les prairies bordées de cactus
Je ne vais pas trembler devant
Ce pantin, ce minus !
Je vais l'attraper, lui et son chapeau
Les faire tourner comme un soleil

Ce soir la femme du torero
Dormira sur ses deux oreilles
Est-ce que ce monde est sérieux ? x2

J'en ai poursuivi des fantômes
Presque touché leurs ballerines
Ils ont frappé fort dans mon cou
Pour que je m'incline

Ils sortent d'où ces acrobates
Avec leurs costumes de papier ?
J'ai jamais appris à me battre
Contre des poupées
Sentir le sable sous ma tête
C'est fou comme ça peut faire du bien
J'ai prié pour que tout s'arrête
Andalousie je me souviens

Je les entends rire comme je râle
Je les vois danser comme je succombe
Je pensais pas qu'on puisse autant
S'amuser autour d'une tombe
Est-ce que ce monde est sérieux ? x2

Si, si hombre, hombre
Baila, baila

Hay que bailar de nuevo
Y mataremos otros
Otras vidas, otros toros
Y mataremos otros
Venga, venga a bailar...

I samą piosenkę oczywiście!