Podobno to film raczej dla małżeństw z dłuższym stażem. Ponieważ ani ze mnie małżonka, ani tym bardziej z długim stażem, postanowiłam zobaczyć ten film. Lepiej wiedzieć, jak zapobiegać kryzysom lub choćby wiedzieć, co robić, jeśli takowe się zdarzą. A one się zdarzają. Miłość nie oznacza zawsze szczęścia.
Jednak wydawałoby się, iż ta para - Kay (w tej roli Meryl Streep) i Arnold (Tommy Lee Jones) - zabrnęła już za daleko. Że stali się zbyt obojętni. Miłość zastąpiła rutyna codziennych czynności. Czułość zanikła, rozpłynęła się gdzieś pomiędzy czytaną przez Arnolda poranną gazetą a wieczornym programem o golfie. Niby mieszkają razem, ale tak naprawdę żyją obok siebie. Czy zostało im jeszcze coś wspólnego oprócz domu, w którym mieszkają? W końcu mają nawet osobne pokoje, a ostatnio kochali się...
Szorstki, nieczuły, niczego nierozumiejący On. I Ona - cierpiąca i próbująca od początku posklejać na nowo ich związek. Niebywały kontrast - gra aktorska Meryl Streep i Tommy'ego Lee Jonesa jeszcze to podkreśla. W tym miejscu nasuwa się konstatacja, że często to kobiety właśnie widzą więcej, wiedzą, że coś jest nie tak - w końcu my poruszamy się lepiej po świecie uczuć. A ich brak w stosunku do nas odczuwamy boleśnie. Mężczyźni z kolei duszą wszystko w sobie - Arnold się przyzwyczaił, było mu tak wygodnie. Zresztą jak się okazuje w dalszej części, on również ma wiele pretensji do swojej żony. Wszystko rozwiązałaby - dużo wcześniej - dobra komunikacja miedzy małżonkami. Niestety, oni już ze sobą nie rozmawiają. Nie potrafią. Małżeństwo z ponad 30 letnim stażem wydaje się być na skraju rozpadu.
Przechodzą terapię - można by ją nazwać szokowo - wstrząsową. Nie chodzi tylko o seks. Nie. Bo nie zacznie im to nagle wychodzić samo z siebie. Potrzebują odbudowania więzi, bliskości. Czasami sceny te wywołują nasze rozbawienie (jak choćby ta, w której Kay uczy się seksu oralnego), czasami zaś nie można opanować wzruszenia, może nawet łez - gdy bohaterowie próbują wyrażać swoje uczucia. Nawet te najbardziej negatywne, jak złość, gniew, irytację.
Polecam ten film wszystkim - nie, nie tylko starszym małżeństwom. Dlatego, że warto wiedzieć jak być ze sobą również w tych gorszych dniach. Jak wychodzić z kryzysów. Jak walczyć o małżeństwo - bo nie jest to tylko papierek, jak niektórym się wydaje. Myślę, że skojarzenie z Fireproof nie będzie błędem, choć tam przemiana męża wynika przede wszystkim z odbudowania przez niego relacji z Bogiem.