Witajcie!

Zapraszam do odkrycia moich pasji. Nie jest to mój pierwszy blog, mam nadzieję, że ten wytrzyma próbę czasu, zgodnie z maksymą: Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, to co napisane, pozostaje). Nie próbuję zbudować sobie horacjańskiego pomnika ze spiżu, chcę natomiast żyć zgodnie ze sobą i wartościami, którymi się kieruję. Taki też będzie mój blog.

sobota, 26 stycznia 2013

Pogrzeb ś.p. Jadwigi Kaczyńskiej

Niedawno zmarła Jadwiga Kaczyńska, matka ś.p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Jarosława Kaczyńskiego. Bracia sami wspominali, że bardzo dużo zawdzięczają swojej Mamie.To ona przekazała im patriotyczną postawę, wpoiła wartości, którym byli wierni. Kiedy życie powiązali z polityką, wspierała ich, choć nigdy nie była na pierwszym planie. Teraz jej zabrakło. Czy Jarosławowi wystarczy sił, by nadal pozostać w polityce? To w końcu kolejna tragedia, która go dotyka.

Pogrzeb ś.p. Jadwigi Kaczyńskiej odbył się w środę. Z tej okazji odezwał się pewien bardzo mainstreamowy dziennikarz, wytykając Kaczyńskiemu, iż z pogrzebu uczynił widowisko. Cytując klasyka, ów dziennikarz stracił szansę, by być cicho. Jakie widowisko miał on na myśli, tego nie wiem. Może to, że Jarosław nie potrafił ukryć bólu (nie bulu!) i łez? Albo to, że przyszło wielu ludzi, nie tylko rodzina, ale także politycy? Owszem PiS pokazał silę - siłę solidarności i współczucia dla Kaczyńskiego.

Jako że to tylko Polska właśnie, czekam, aż ktoś przebije tego dziennikarza i zasugeruje, że Kaczyński wykorzystuje politycznie pogrzeb matki (co by PiS-owi urosło wskutek współczucia ludzi), albo że i ma krew matki na rękach. Bo przecież wszelkie granice przyzwoitości zostały u nas przekroczone...

piątek, 21 grudnia 2012

Koniec świata

Jak widać, jest to święto ruchome i jak zwykle - tak jak i przy każdym innym święcie - korzysta na tym wielu ludzi. Nie wspominam już o naszym, swojskim, wielkopolskim, Końcu Świata, ale w szczególności o tych, którzy na przykład wynajmują schrony, dzięki którym możliwe byłoby przeżycie "końca świata".

A koniec świata i tak kiedyś się zdarzy, przyjdzie niespodzianie i może nawet o tym nie będziemy wiedzieli... Skupieni na codziennych zajęciach, pracy, nauce, miłości.  Już może inny Donald Tusk będzie nam wmawiał, że zdarzą się w końcu w Polsce cuda. Kolejny Radek Sikorski będzie cieszył się, że na szczycie Unia-Rosja wspomniano gdzieś półgębkiem o wraku samolotu. I wciąż dziennikarze będą starali nam się wmówić co jest ładne, a co jest be. I kneblować usta niepokornym.

W tym wszystkim być może zapomnimy się wyciszyć, a może zapomnimy, co to dla nas wierzących oznacza koniec świata? Ale innego końca świata nie będzie.

Piosenka o końcu świata - Czesław Miłosz




      W dzień końca świata
      Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
      Rybak naprawia błyszczącą sieć.
      Skaczą w morzu wesołe delfiny,
      Młode wróble czepiają się rynny
      I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.W dzień końca świata
      Kobiety idą polem pod parasolkami,
      Pijak zasypia na brzegu trawnika,
      Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
      I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
      Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
      I noc gwiaździstą odmyka.
      A którzy czekali błyskawic i gromów,
      Są zawiedzeni.
      A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
      Nie wierzą, że staje się już.
      Dopóki słońce i księżyc są w górze,
      Dopóki trzmiel nawiedza różę,
      Dopóki dzieci różowe się rodzą,
      Nikt nie wierzy, że staje się już.
      Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
      Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
      Powiada przewiązując pomidory:
      Innego końca świata nie będzie,
      Innego końca świata nie będzie.
Jest to inna wizja niż zaprezentowana w Apokalipsie św. Jana. Bez kataklizmów, bez chaosu i paniki. Rządzi spokój, cisza. Ale jest jedno podobieństwo. Nie znamy dnia ani godziny kresu naszej cywilizacji.

czwartek, 6 grudnia 2012

Pocieszenie i przestroga



Łzy - Anka ot tak

Może i nie jestem taka, jaką chciałbyś abym była
Czasem jestem jestem próżna i potrafię być niemiła
Często zmienna jak pogoda i za bardzo pewna siebie
Ale przecież to nie powód aby dzisiaj stracić ciebie

Wczoraj mi obiecywałeś będę z tobą do końca twych dni
Dzisiaj płaczę świat się śmieje co się z tobą Aniu dzieje

Moje serce krwawi bo mój chłopak się nie zjawił
Stoję sama w sukni białej przed ołtarzem

Obiecuję że po ślubie zmienię w sobie wiele rzeczy
Twoja miłość z moich wad szybko mnie wyleczy
Będę grzeczna jak aniołek zawsze twoja tak jak zechcesz
Niebo ci otworzę wreszcie tylko gdzie ty teraz jesteś...

Pocieszenie - bo choć sytuacja niemiła, nieprzyjemna, wręcz dramatyczna (która z nas chciałaby być porzucona przed ołtarzem), to  piosenka przyjemna, wpadająca w ucho, a teledysk - właśnie pocieszny. Nuta wesoła, kontrastująca z powagą tekstu.

Druga piosenka jest przestrogą - dla wszystkich Panów. To jest wszystkich adoratorów - począwszy od czasów przedszkola :) Bo w końcu z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się!


Anna Jantar - Jambalaya


Było to temu z rok, było w maju.
Pachniał bez wzdłuż i wszerz
W całym kraju.
Pewien pan, miły pan z Amsterdamu
Powiedział wprost:
"Ty moja bądź, Droga Aniu!

Skoro świt ja i Ty wyjeżdżamy
Mam swój dom
Tam gdzie rosną tulipany."
"Będziesz tam, mówił pan, pierwsza damą,
Dlatego dziś mą musisz być,
Moja Aniu!"

Ref. Baju baj, baju baj, proszę Pana!
Ja nie jestem taka pierwsza lepsza Anna.
Znam ten styl,
Znam ten kit już na pamięć.
Czego pan chce? Poskarżę się mojej Mamie!
 
Lecz ten pan w oczach miał łzy prawdziwe.
Ten łez sznur
Leciał mu w kufel z piwem.
Pachniał bez wzdłuż i wszerz
W całym kraju.
A on wciąż: "Moja bądź, Droga Aniu!"

Ref. Baju baj, baju baj, proszę Pana!
Ja nie jestem taka pierwsza lepsza Anna.
Znam ten styl,
Znam ten kit już na pamięć.
Czego pan chce? Poskarżę się mojej Mamie

środa, 5 grudnia 2012

Uważam, Rze warto było...

Kolejny poniedziałek 3 grudnia z kolejnym numerem "Uważam Rze"? Otóż już niestety nie. Kura znosząca złote jajka została unicestwiona. Nawet jeśli, delikatnie mówiąc, Grzegorz Hajdarowicz, wydawca, nie był sympatykiem byłej już niestety redakcji - przypominam, iż to dobry kolega Pawła Grasia, rzecznika rządu - to wszelkie prawa biznesu wskazują, że liczy się to, co przynosi zysk. Jak do tej pory "Uważam Rze" cieszyło się bardzo dużą sympatią i uznaniem czytelników, było jednym z największych opiniotwórczych tygodników. Tak było.

Pan Hajdarowicz zwolnił jednak Pawła Lisickiego, redaktora URze. Powód? Zapewne było ich kilka, jednak na pierwszy plan wysuwa się postać Cezarego Gmyza, do niedawna jeszcze dziennikarza "Rzeczpospolitej". On również stracił pracę, po tym jak napisał o odkrytym na próbkach tupolewa trotylu. Wydawca URze i Rzepy nie chciał, aby Lisicki publikował teksty Gmyza w "Uważam Rze". I tu spotkał się z odmową. Nie potrafił jednak, czy też nie chciał pojąć, że ludzie czytają gazety nie dla samego tytułu, lecz dla nazwisk, dla ludzi, którzy do nich piszą. Dla poglądów, które są tam prezentowane. Dla postaw dziennikarzy, dla wartości, które wyznają, dla szeroko pojętej solidarności. I wreszcie - posłużę się hasłem z "Uważam Rze" - tego, że bez względu na wszystko są niepokorni i że wierzą samym sobie, że gotowi są iść wyprostowani wśród tych co na kolanach wśród odwróconych plecami i obalonych w proch, jak pisał Zbigniew Herbert w Przesłaniu Pana Cogito. 

Ekipa, która stworzyła URze, z całą pewnością jest prawdziwie niepokorna. Odeszła razem z Pawłem Lisickim, bo już wcześniej zapowiadała, że uczyni to, gdy tylko straci tę wolność wypowiedzi, gdy tylko wydawca będzie próbował temperować publicystyczne opinie, narzucać inne poglądy, to, co mają pisać, kogo lub co publikować. O tak, honor i solidarność to dziś cechy rzadkie, białe kruki, które trudno złapać, a jeszcze trudniej oswoić i utrzymać przy sobie, niezależnie od tego, co się wokół dzieje.

Odeszli, a marka pozostała. Dodajmy, że wyrobiona. Nie mam jednak złudzeń, że utrzyma grono czytelników. Akcje na Facebooku pokazały, że oni też są wierni "swoim" publicystom, że gdzie skarb nasz, tam i serce nasze. Masowa akcja "odlubiania" fanpage'u URze udowadnia, że już się zaczęło. Dlatego też wierzę, że Lisickiemu, Wildsteinowi, Ziemkiewiczowi, Zarembie i innym uda się stworzyć nowy, naprawdę niezależny projekt. I że, jak uprzednio URze, przyciągnie wielu spragnionych rzetelnych informacji czytelników. W tym oczywiście mnie.

wtorek, 20 listopada 2012

Istota skargi pauliańskiej


Wyobraźcie sobie, iż pożyczacie komuś pewną ilość pieniędzy. Nie boicie się, że może wam nie oddać, ponieważ jest to osoba, do której macie zaufanie. Do tej pory was nigdy nie zawiodła. Właśnie - do tej pory. Bo otóż kiedy pewnego pięknego dnia wzywacie ją do zwrotu pożyczki, oznajmia wam, że niestety nie ma z czego zwrócić. Po jakimś czasie dowiadujecie się, że cały swój majątek (powiedzmy - przestronne mieszkanie) darowała swojej ciotce. "To koniec" - myślicie. Niekoniecznie...                                      

Zgodnie z ogólną zasadą dłużnik odpowiada za swoje zobowiązania całym swoim majątkiem. Ponieważ de facto ta odpowiedzialność ogranicza się w praktyce tylko do majątku istniejącego w chwili żądania zaspokojenia przez wierzyciela i ponieważ zaciągnięcie zobowiązania przez dłużnika nie powoduje ograniczenia możliwości rozporządzania przez niego swoim majątkiem, wierzyciel ponosi ryzyko, iż wskutek nielojalnego zachowania dłużnika wyzbędzie się on w znacznej mierze swojego majątku na rzecz osoby trzeciej. Wierzyciel zatem nie będzie mógł się w całości zaspokoić. W takich właśnie sytuacjach może mieć zastosowanie instytucja zwana skargą pauliańską (z prawa rzymskiego - actio Pauliana).                  

Actio Pauliana przełamuje ogólną zasadę, zgodnie z którą stronami stosunku zobowiązaniowego są wierzyciel i dłużnik. Jest to instytucja chroniąca interes wierzyciela w przypadku, gdy dłużnik wyzbywa się swojego majątku na rzecz osoby trzeciej. Uwzględnienie roszczenia pauliańskiego prowadzi do orzeczenia względnej bezskuteczności czynności prawnej dokonywanej przez dłużnika z pokrzywdzeniem wierzyciela. Czynność taka jest ważna, ale nie wywołuje skutku wobec wierzyciela. Powoduje to, iż możliwe staje się prowadzenie egzekucji z przedmiotów majątkowych dłużnika, które z jego majątku wyszły albo do niego nie weszły. Należy zastrzec, że odpowiedzialność osoby trzeciej jest ograniczona do wartości majątku, który przysporzył jej dłużnik. Jednakże, gdyby przedmiotów majątkowych uzyskanych od dłużnika nie dało się wyodrębnić z majątku osoby trzeciej, wówczas można przyjąć, iż wierzyciel może prowadzić egzekucję z całego majątku osoby trzeciej.

Co ważne, jeśli wierzyciel korzysta ze skargi pauliańskiej, nie musi udowadniać, że wierzytelność istniała w chwili zawarcia zaskarżonej umowy, że jest ona wymagalna, czy że jest stwierdzona tytułem egzekucyjnym. Powództwo bądź też zarzut procesowy kierowany jest przeciwko osobie trzeciej, która uzyskała korzyść majątkową lub też została zwolniona z obowiązku.                                                                     

Reasumując, możecie zwrócić się bezpośrednio do owej ciotki o zwrot pożyczki. W praktyce będzie to oznaczało prowadzenie egzekucji z tej nieruchomości (mieszkania) i tylko z tej nieruchomości, jako że jest to właśnie ten przedmiot majątkowy, który wyszedł z majątku waszego dłużnika. Krótko mówiąc - z pozostałego majątku ciotki nie możecie się zaspokoić.



wtorek, 6 listopada 2012

Zdarzył nam się Jerzyk...

Gwoli ścisłości, dla tych, którzy nie interesują się tak sportem: Jerzy Janowicz, niespełna 22-letni tenisista z Łodzi, do tej pory 69. w rankingu ATP, dotarł w ubiegłym tygodniu do finału turnieju ATP z serii Masters 1000 w Paryżu (w którym musiał uznać wyższość Hiszpana Davida Ferrera). Zauroczył, zachwycił, zaczarował swoją grą - opartą nie tylko na atomowym serwisie (Jerzyk ma przecież ponad 2 m wzrostu), ale także m.in. na delikatnych wrzutkach piłki za siatkę - dropszotach. Pokonał kilku tenisistów z pierwszej 20 rankingu, w tym Andy'ego Murraya, aktualnego mistrza olimpijskiego i tegorocznego triumfatora turnieju wielkoszlemowego US Open. Jerzy Janowicz awansował tym samym na 26 miejsce w rankingu... To kolejna postać w tenisie - po Agnieszce Radwańskiej - która ożywiła u nas ten elitarny przecież sport.

Zdarzył nam się więc Jerzyk. A właściwie dopiero zdarza. Już zahipnotyzował wielu z nas, ale należy przestrzec przed zbytnim pompowaniem balona sukcesu. Na razie to tylko jeden turniej. Poczekajmy na przyszły rok, kiedy to w wielu meczach Jerzy będzie musiał odnaleźć się w roli faworyta. Osobiście trzymam kciuki, a niespożyta energia, ambicja i pewna buntowniczość na korcie tego młodzieńca (brak respektu przed starymi wyjadaczami) każą wierzyć, że będzie dobrze.

Nie zmienia to faktu, że jesteśmy wciąż głodni sukcesów. Pierwsze sukcesy Adama Małysza i zaczęło się.... Konkursy w Zakopanem, szał radości, małyszomania. Wyskoczył jak gdyby z niebytu, trochę jak filip (Adam) z konopi. Nie ukrywajmy, że wielka była w tym zasługa jego talentu, można powiedzieć, że talent się obronił. Szkolenie młodych w tamtym czasie leżało i kwiczało. Podobnie było z Justyną Kowalczyk. Ona i dalej wielka przepaść. 

Ten głód sukcesów jest czasem tak wielki, że niektórym ciężko zaakceptować porażki. Kiedy Adam Małysz wpadał w dołki w swojej karierze sportowej (np. mistrzostwa świata w Obersdorfie w 2005 r., igrzyska w Turynie rok później), odsyłano go już na emeryturę. Na dachy. Nie paryskie, ale te nasze, znad Wisły i w Wiśle. Oczywiste wydaje się bowiem stwierdzenie, że są kibice nie tylko wierni, ale także i niedzielni. Kibice sukcesu, nie zawodnika. W tym miejscu pomijam naturalnie kiboli (nie mylić z kiblami!) rodem z piłkarskiego półświatka.

Radwańską zmieszano z błotem po igrzyskach w Londynie, kiedy to odpadła w pierwszej rundzie. Zarzucano jej brak walki, zniechęcenie, niemrawość. Czy przegranie meczu w 3 setach (w kobiecym tenisie gra się do dwóch wygranych setów) to brak woli zwycięstwa? Można łatwo wytłumaczyć zachowanie kibiców w stosunku do Agnieszki. Balon tryumfu został do maksimum nadmuchany po osiągniętym przez naszą tenisistkę sukcesie na kortach Wimbledonu, kiedy to wszyscy zachłysnęli się jej pierwszym wielkoszlemowym finałem. I natychmiast zaczęły się spekulacje co do koloru medalu, jaki zdobędzie.

Pozwolę sobie stwierdzić, że sukcesy naszych sportowców leczą nas po trosze z narodowych kompleksów. Ile to razy marzymy, aby nasi bili "Rusków" i "Szwabów". Lata wojny, a potem czasy PRL zrobiły swoje. Zwycięstwa niektórych są niezapomniane, tak jak ich postawa - choćby słynny gest Kozakiewicza. Innym razem rzucamy śnieżkami w Niemca, bo ośmielił się brzydko okazywać radość po wygranej (tak było ze Svenem Hannavaldem). Za każdym razem chcemy się odkuć. Pokazać, że Polak też potrafi. I to nie tylko pięknie walczyć, ale także wygrywać.

A oni potrafią. Tak potrafił Małysz, potrafi Radwańska, Kowalczyk. I myślę, że będzie potrafił także Janowicz. Dopóki walczą, są zwycięzcami. Odnoszą sukcesy!

sobota, 27 października 2012

"Jest wielka miłość uczyła święta babcia"

(...) jest wielka miłość
uczyła święta babcia
pozostaję jej wierny
miłość za Bóg zapłać

To fragment wiersza ks. Jana Twardowskiego Tak mało. Niby tak mało, a okazuje się, że potrzeba tak wiele. Nie tyle, by się zakochać, bo o to dzisiaj stosunkowo łatwo. Wystarczy czasem chwila. Impression z parku, sklepu czy tegoż porannego zatłoczonego autobusu, który omalże nam nie uciekł (albo i uciekł, tak się czasem zdarza). Zauroczenie. Podobno zresztą mówi się również o miłości od pierwszego wejrzenia - choć w tym przypadku właściwsze byłoby określenie "zakochanie się". Konieczne jest zatem, by pojawiła się ONA lub pojawił się ON... A potem flirt, fascynacja - fascynujące spojrzenia, fascynujące rozmowy. Rodząca się bliskość między dotąd obcymi sobie osobami. Nie potrzeba wiele. Il suffisait de te parler pour t'apprivoiser (Wystarczyło z tobą rozmawiać, by cię oswoić) - śpiewał w swoim wielkim przeboju Joe Dassin.

Ale potrzeba o wiele więcej, by móc iść dalej. By przejść drogę od zakochania do miłości. Bo wbrew pozorom miłość to nie uczucie. Na początku, owszem, dominują uczucia i to bardzo pozytywne. Zakochać SIĘ - niejako dlatego, że podoba nam się to, jak druga osoba na nas działa. Że czujemy motylki w brzuchu. Że wciąż o niej myślimy. Do tego dochodzi bliskość fizyczna - dotyk, przytulenie. Ale to jeszcze nie miłość. To, że jest nam z kimś dobrze, nie wystarczy do podjęcia decyzji o małżeństwie. Bo tak jak zgodnie z przysłowiem Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, tak o partnerze (chłopaku, dziewczynie) najpełniej świadczy codzienność. Szare czasem życie. Zmęczenie w oczach, gdy już znikł gdzieś ten błysk, który tak nas zauroczył. Kłótnie. Czy obraża mnie? Czy wyzywa? Czy umyślnie rani? A może zamierza wspólnie ze mną rozwiązać problem, jaki się pojawił? Nie chce rywalizować, ale pomóc. Nie pragnie grać w przeciwnej drużynie, ale współpracować dla naszego wspólnego dobra.

Miłość buduje się stopniowo w poświęceniu dla drugiej osoby. W trosce, czułości, jaką się jej okazuje. W poszanowaniu jej samej właśnie jako Osoby. Odmiennej ode mnie, ale przecież nie gorszej. Kobieta i mężczyzna mają do spełnienia różne role w życiu, ale są tak samo wartościowi. Ta inność zarówno męska jak i kobieca jest atutem każdego z nas. Realizujemy się w obecności drugiego. Oczywiście bardzo ważna jest wspólnota, to, co nas łączy, wspólne wartości, pasje, zajęcia, zainteresowania. To jednak tylko baza. Niezbędna jest nadbudowa. Akceptując to, co nas dzieli, nie należy zapominać o tym, że miłość ma być wymagająca. Wymagajcie od siebie, nawet jeśli inni od was nie wymagają - mówił bł. Jan Paweł II. W związku bowiem chodzi również o to, by każdy się rozwijał, by każdy stawał się lepszy. Jednym słowem, by każdy zbliżał się do życia wiecznego.

Potrzeba realistycznej oceny, trzeźwego myślenia. Nie tylko uczuć. Oboje - kobieta i mężczyzna - mogą to uczynić, jeśli do jej emocjonalnej postawy na świat doda się jego racjonalizm i rozumowanie. A więc ponownie współpraca. Do tej układanki nie pasuje mi seks przed ślubem. Nie sadzę, by był on konieczny do pełnego poznania. Pomijając oczywiste wykroczenie przeciwko VI przykazaniu, może nam się wyłączyć trzeźwe myślenie - bo skoro jest nam tak dobrze, to dlaczego jest tak źle (po ślubie)? Na etapie przedmałżeńskim dopiero uczymy się prawdziwej miłości. Tej zaś nikt nie ujął lepiej niż św. Paweł w swoim Hymnie o miłości w 1 Liście do Koryntian.

Miłość cierpliwa jest. Jakże często tej cierpliwości zdaje się nam brakować. Nie tylko jeśli chodzi o seks. Po ślubie ludzie nieraz nie mają siły (ochoty), by walczyć o swój związek. Coraz więcej mamy rozwodów. Małżonkowie zapominają o słowach przysięgi małżeńskiej. I w takiej sytuacji staje się ona tylko czczą formułką. Bo po co przysięgało się wierność, jeśli się jej nie dotrzymuje? Po co przysięgać na dobre i na złe, skoro bywa, że zostaję tylko na dobre, a na złe już nie, bo za trudno? Miłość jest trudna, ale jest wielka miłość uczyła święta babcia. Jej wielkość i piękno zależą od nas.