Witajcie!

Zapraszam do odkrycia moich pasji. Nie jest to mój pierwszy blog, mam nadzieję, że ten wytrzyma próbę czasu, zgodnie z maksymą: Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, to co napisane, pozostaje). Nie próbuję zbudować sobie horacjańskiego pomnika ze spiżu, chcę natomiast żyć zgodnie ze sobą i wartościami, którymi się kieruję. Taki też będzie mój blog.

piątek, 21 grudnia 2012

Koniec świata

Jak widać, jest to święto ruchome i jak zwykle - tak jak i przy każdym innym święcie - korzysta na tym wielu ludzi. Nie wspominam już o naszym, swojskim, wielkopolskim, Końcu Świata, ale w szczególności o tych, którzy na przykład wynajmują schrony, dzięki którym możliwe byłoby przeżycie "końca świata".

A koniec świata i tak kiedyś się zdarzy, przyjdzie niespodzianie i może nawet o tym nie będziemy wiedzieli... Skupieni na codziennych zajęciach, pracy, nauce, miłości.  Już może inny Donald Tusk będzie nam wmawiał, że zdarzą się w końcu w Polsce cuda. Kolejny Radek Sikorski będzie cieszył się, że na szczycie Unia-Rosja wspomniano gdzieś półgębkiem o wraku samolotu. I wciąż dziennikarze będą starali nam się wmówić co jest ładne, a co jest be. I kneblować usta niepokornym.

W tym wszystkim być może zapomnimy się wyciszyć, a może zapomnimy, co to dla nas wierzących oznacza koniec świata? Ale innego końca świata nie będzie.

Piosenka o końcu świata - Czesław Miłosz




      W dzień końca świata
      Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
      Rybak naprawia błyszczącą sieć.
      Skaczą w morzu wesołe delfiny,
      Młode wróble czepiają się rynny
      I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.W dzień końca świata
      Kobiety idą polem pod parasolkami,
      Pijak zasypia na brzegu trawnika,
      Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
      I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
      Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
      I noc gwiaździstą odmyka.
      A którzy czekali błyskawic i gromów,
      Są zawiedzeni.
      A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
      Nie wierzą, że staje się już.
      Dopóki słońce i księżyc są w górze,
      Dopóki trzmiel nawiedza różę,
      Dopóki dzieci różowe się rodzą,
      Nikt nie wierzy, że staje się już.
      Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
      Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
      Powiada przewiązując pomidory:
      Innego końca świata nie będzie,
      Innego końca świata nie będzie.
Jest to inna wizja niż zaprezentowana w Apokalipsie św. Jana. Bez kataklizmów, bez chaosu i paniki. Rządzi spokój, cisza. Ale jest jedno podobieństwo. Nie znamy dnia ani godziny kresu naszej cywilizacji.

czwartek, 6 grudnia 2012

Pocieszenie i przestroga



Łzy - Anka ot tak

Może i nie jestem taka, jaką chciałbyś abym była
Czasem jestem jestem próżna i potrafię być niemiła
Często zmienna jak pogoda i za bardzo pewna siebie
Ale przecież to nie powód aby dzisiaj stracić ciebie

Wczoraj mi obiecywałeś będę z tobą do końca twych dni
Dzisiaj płaczę świat się śmieje co się z tobą Aniu dzieje

Moje serce krwawi bo mój chłopak się nie zjawił
Stoję sama w sukni białej przed ołtarzem

Obiecuję że po ślubie zmienię w sobie wiele rzeczy
Twoja miłość z moich wad szybko mnie wyleczy
Będę grzeczna jak aniołek zawsze twoja tak jak zechcesz
Niebo ci otworzę wreszcie tylko gdzie ty teraz jesteś...

Pocieszenie - bo choć sytuacja niemiła, nieprzyjemna, wręcz dramatyczna (która z nas chciałaby być porzucona przed ołtarzem), to  piosenka przyjemna, wpadająca w ucho, a teledysk - właśnie pocieszny. Nuta wesoła, kontrastująca z powagą tekstu.

Druga piosenka jest przestrogą - dla wszystkich Panów. To jest wszystkich adoratorów - począwszy od czasów przedszkola :) Bo w końcu z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się!


Anna Jantar - Jambalaya


Było to temu z rok, było w maju.
Pachniał bez wzdłuż i wszerz
W całym kraju.
Pewien pan, miły pan z Amsterdamu
Powiedział wprost:
"Ty moja bądź, Droga Aniu!

Skoro świt ja i Ty wyjeżdżamy
Mam swój dom
Tam gdzie rosną tulipany."
"Będziesz tam, mówił pan, pierwsza damą,
Dlatego dziś mą musisz być,
Moja Aniu!"

Ref. Baju baj, baju baj, proszę Pana!
Ja nie jestem taka pierwsza lepsza Anna.
Znam ten styl,
Znam ten kit już na pamięć.
Czego pan chce? Poskarżę się mojej Mamie!
 
Lecz ten pan w oczach miał łzy prawdziwe.
Ten łez sznur
Leciał mu w kufel z piwem.
Pachniał bez wzdłuż i wszerz
W całym kraju.
A on wciąż: "Moja bądź, Droga Aniu!"

Ref. Baju baj, baju baj, proszę Pana!
Ja nie jestem taka pierwsza lepsza Anna.
Znam ten styl,
Znam ten kit już na pamięć.
Czego pan chce? Poskarżę się mojej Mamie

środa, 5 grudnia 2012

Uważam, Rze warto było...

Kolejny poniedziałek 3 grudnia z kolejnym numerem "Uważam Rze"? Otóż już niestety nie. Kura znosząca złote jajka została unicestwiona. Nawet jeśli, delikatnie mówiąc, Grzegorz Hajdarowicz, wydawca, nie był sympatykiem byłej już niestety redakcji - przypominam, iż to dobry kolega Pawła Grasia, rzecznika rządu - to wszelkie prawa biznesu wskazują, że liczy się to, co przynosi zysk. Jak do tej pory "Uważam Rze" cieszyło się bardzo dużą sympatią i uznaniem czytelników, było jednym z największych opiniotwórczych tygodników. Tak było.

Pan Hajdarowicz zwolnił jednak Pawła Lisickiego, redaktora URze. Powód? Zapewne było ich kilka, jednak na pierwszy plan wysuwa się postać Cezarego Gmyza, do niedawna jeszcze dziennikarza "Rzeczpospolitej". On również stracił pracę, po tym jak napisał o odkrytym na próbkach tupolewa trotylu. Wydawca URze i Rzepy nie chciał, aby Lisicki publikował teksty Gmyza w "Uważam Rze". I tu spotkał się z odmową. Nie potrafił jednak, czy też nie chciał pojąć, że ludzie czytają gazety nie dla samego tytułu, lecz dla nazwisk, dla ludzi, którzy do nich piszą. Dla poglądów, które są tam prezentowane. Dla postaw dziennikarzy, dla wartości, które wyznają, dla szeroko pojętej solidarności. I wreszcie - posłużę się hasłem z "Uważam Rze" - tego, że bez względu na wszystko są niepokorni i że wierzą samym sobie, że gotowi są iść wyprostowani wśród tych co na kolanach wśród odwróconych plecami i obalonych w proch, jak pisał Zbigniew Herbert w Przesłaniu Pana Cogito. 

Ekipa, która stworzyła URze, z całą pewnością jest prawdziwie niepokorna. Odeszła razem z Pawłem Lisickim, bo już wcześniej zapowiadała, że uczyni to, gdy tylko straci tę wolność wypowiedzi, gdy tylko wydawca będzie próbował temperować publicystyczne opinie, narzucać inne poglądy, to, co mają pisać, kogo lub co publikować. O tak, honor i solidarność to dziś cechy rzadkie, białe kruki, które trudno złapać, a jeszcze trudniej oswoić i utrzymać przy sobie, niezależnie od tego, co się wokół dzieje.

Odeszli, a marka pozostała. Dodajmy, że wyrobiona. Nie mam jednak złudzeń, że utrzyma grono czytelników. Akcje na Facebooku pokazały, że oni też są wierni "swoim" publicystom, że gdzie skarb nasz, tam i serce nasze. Masowa akcja "odlubiania" fanpage'u URze udowadnia, że już się zaczęło. Dlatego też wierzę, że Lisickiemu, Wildsteinowi, Ziemkiewiczowi, Zarembie i innym uda się stworzyć nowy, naprawdę niezależny projekt. I że, jak uprzednio URze, przyciągnie wielu spragnionych rzetelnych informacji czytelników. W tym oczywiście mnie.

wtorek, 20 listopada 2012

Istota skargi pauliańskiej


Wyobraźcie sobie, iż pożyczacie komuś pewną ilość pieniędzy. Nie boicie się, że może wam nie oddać, ponieważ jest to osoba, do której macie zaufanie. Do tej pory was nigdy nie zawiodła. Właśnie - do tej pory. Bo otóż kiedy pewnego pięknego dnia wzywacie ją do zwrotu pożyczki, oznajmia wam, że niestety nie ma z czego zwrócić. Po jakimś czasie dowiadujecie się, że cały swój majątek (powiedzmy - przestronne mieszkanie) darowała swojej ciotce. "To koniec" - myślicie. Niekoniecznie...                                      

Zgodnie z ogólną zasadą dłużnik odpowiada za swoje zobowiązania całym swoim majątkiem. Ponieważ de facto ta odpowiedzialność ogranicza się w praktyce tylko do majątku istniejącego w chwili żądania zaspokojenia przez wierzyciela i ponieważ zaciągnięcie zobowiązania przez dłużnika nie powoduje ograniczenia możliwości rozporządzania przez niego swoim majątkiem, wierzyciel ponosi ryzyko, iż wskutek nielojalnego zachowania dłużnika wyzbędzie się on w znacznej mierze swojego majątku na rzecz osoby trzeciej. Wierzyciel zatem nie będzie mógł się w całości zaspokoić. W takich właśnie sytuacjach może mieć zastosowanie instytucja zwana skargą pauliańską (z prawa rzymskiego - actio Pauliana).                  

Actio Pauliana przełamuje ogólną zasadę, zgodnie z którą stronami stosunku zobowiązaniowego są wierzyciel i dłużnik. Jest to instytucja chroniąca interes wierzyciela w przypadku, gdy dłużnik wyzbywa się swojego majątku na rzecz osoby trzeciej. Uwzględnienie roszczenia pauliańskiego prowadzi do orzeczenia względnej bezskuteczności czynności prawnej dokonywanej przez dłużnika z pokrzywdzeniem wierzyciela. Czynność taka jest ważna, ale nie wywołuje skutku wobec wierzyciela. Powoduje to, iż możliwe staje się prowadzenie egzekucji z przedmiotów majątkowych dłużnika, które z jego majątku wyszły albo do niego nie weszły. Należy zastrzec, że odpowiedzialność osoby trzeciej jest ograniczona do wartości majątku, który przysporzył jej dłużnik. Jednakże, gdyby przedmiotów majątkowych uzyskanych od dłużnika nie dało się wyodrębnić z majątku osoby trzeciej, wówczas można przyjąć, iż wierzyciel może prowadzić egzekucję z całego majątku osoby trzeciej.

Co ważne, jeśli wierzyciel korzysta ze skargi pauliańskiej, nie musi udowadniać, że wierzytelność istniała w chwili zawarcia zaskarżonej umowy, że jest ona wymagalna, czy że jest stwierdzona tytułem egzekucyjnym. Powództwo bądź też zarzut procesowy kierowany jest przeciwko osobie trzeciej, która uzyskała korzyść majątkową lub też została zwolniona z obowiązku.                                                                     

Reasumując, możecie zwrócić się bezpośrednio do owej ciotki o zwrot pożyczki. W praktyce będzie to oznaczało prowadzenie egzekucji z tej nieruchomości (mieszkania) i tylko z tej nieruchomości, jako że jest to właśnie ten przedmiot majątkowy, który wyszedł z majątku waszego dłużnika. Krótko mówiąc - z pozostałego majątku ciotki nie możecie się zaspokoić.



wtorek, 6 listopada 2012

Zdarzył nam się Jerzyk...

Gwoli ścisłości, dla tych, którzy nie interesują się tak sportem: Jerzy Janowicz, niespełna 22-letni tenisista z Łodzi, do tej pory 69. w rankingu ATP, dotarł w ubiegłym tygodniu do finału turnieju ATP z serii Masters 1000 w Paryżu (w którym musiał uznać wyższość Hiszpana Davida Ferrera). Zauroczył, zachwycił, zaczarował swoją grą - opartą nie tylko na atomowym serwisie (Jerzyk ma przecież ponad 2 m wzrostu), ale także m.in. na delikatnych wrzutkach piłki za siatkę - dropszotach. Pokonał kilku tenisistów z pierwszej 20 rankingu, w tym Andy'ego Murraya, aktualnego mistrza olimpijskiego i tegorocznego triumfatora turnieju wielkoszlemowego US Open. Jerzy Janowicz awansował tym samym na 26 miejsce w rankingu... To kolejna postać w tenisie - po Agnieszce Radwańskiej - która ożywiła u nas ten elitarny przecież sport.

Zdarzył nam się więc Jerzyk. A właściwie dopiero zdarza. Już zahipnotyzował wielu z nas, ale należy przestrzec przed zbytnim pompowaniem balona sukcesu. Na razie to tylko jeden turniej. Poczekajmy na przyszły rok, kiedy to w wielu meczach Jerzy będzie musiał odnaleźć się w roli faworyta. Osobiście trzymam kciuki, a niespożyta energia, ambicja i pewna buntowniczość na korcie tego młodzieńca (brak respektu przed starymi wyjadaczami) każą wierzyć, że będzie dobrze.

Nie zmienia to faktu, że jesteśmy wciąż głodni sukcesów. Pierwsze sukcesy Adama Małysza i zaczęło się.... Konkursy w Zakopanem, szał radości, małyszomania. Wyskoczył jak gdyby z niebytu, trochę jak filip (Adam) z konopi. Nie ukrywajmy, że wielka była w tym zasługa jego talentu, można powiedzieć, że talent się obronił. Szkolenie młodych w tamtym czasie leżało i kwiczało. Podobnie było z Justyną Kowalczyk. Ona i dalej wielka przepaść. 

Ten głód sukcesów jest czasem tak wielki, że niektórym ciężko zaakceptować porażki. Kiedy Adam Małysz wpadał w dołki w swojej karierze sportowej (np. mistrzostwa świata w Obersdorfie w 2005 r., igrzyska w Turynie rok później), odsyłano go już na emeryturę. Na dachy. Nie paryskie, ale te nasze, znad Wisły i w Wiśle. Oczywiste wydaje się bowiem stwierdzenie, że są kibice nie tylko wierni, ale także i niedzielni. Kibice sukcesu, nie zawodnika. W tym miejscu pomijam naturalnie kiboli (nie mylić z kiblami!) rodem z piłkarskiego półświatka.

Radwańską zmieszano z błotem po igrzyskach w Londynie, kiedy to odpadła w pierwszej rundzie. Zarzucano jej brak walki, zniechęcenie, niemrawość. Czy przegranie meczu w 3 setach (w kobiecym tenisie gra się do dwóch wygranych setów) to brak woli zwycięstwa? Można łatwo wytłumaczyć zachowanie kibiców w stosunku do Agnieszki. Balon tryumfu został do maksimum nadmuchany po osiągniętym przez naszą tenisistkę sukcesie na kortach Wimbledonu, kiedy to wszyscy zachłysnęli się jej pierwszym wielkoszlemowym finałem. I natychmiast zaczęły się spekulacje co do koloru medalu, jaki zdobędzie.

Pozwolę sobie stwierdzić, że sukcesy naszych sportowców leczą nas po trosze z narodowych kompleksów. Ile to razy marzymy, aby nasi bili "Rusków" i "Szwabów". Lata wojny, a potem czasy PRL zrobiły swoje. Zwycięstwa niektórych są niezapomniane, tak jak ich postawa - choćby słynny gest Kozakiewicza. Innym razem rzucamy śnieżkami w Niemca, bo ośmielił się brzydko okazywać radość po wygranej (tak było ze Svenem Hannavaldem). Za każdym razem chcemy się odkuć. Pokazać, że Polak też potrafi. I to nie tylko pięknie walczyć, ale także wygrywać.

A oni potrafią. Tak potrafił Małysz, potrafi Radwańska, Kowalczyk. I myślę, że będzie potrafił także Janowicz. Dopóki walczą, są zwycięzcami. Odnoszą sukcesy!

sobota, 27 października 2012

"Jest wielka miłość uczyła święta babcia"

(...) jest wielka miłość
uczyła święta babcia
pozostaję jej wierny
miłość za Bóg zapłać

To fragment wiersza ks. Jana Twardowskiego Tak mało. Niby tak mało, a okazuje się, że potrzeba tak wiele. Nie tyle, by się zakochać, bo o to dzisiaj stosunkowo łatwo. Wystarczy czasem chwila. Impression z parku, sklepu czy tegoż porannego zatłoczonego autobusu, który omalże nam nie uciekł (albo i uciekł, tak się czasem zdarza). Zauroczenie. Podobno zresztą mówi się również o miłości od pierwszego wejrzenia - choć w tym przypadku właściwsze byłoby określenie "zakochanie się". Konieczne jest zatem, by pojawiła się ONA lub pojawił się ON... A potem flirt, fascynacja - fascynujące spojrzenia, fascynujące rozmowy. Rodząca się bliskość między dotąd obcymi sobie osobami. Nie potrzeba wiele. Il suffisait de te parler pour t'apprivoiser (Wystarczyło z tobą rozmawiać, by cię oswoić) - śpiewał w swoim wielkim przeboju Joe Dassin.

Ale potrzeba o wiele więcej, by móc iść dalej. By przejść drogę od zakochania do miłości. Bo wbrew pozorom miłość to nie uczucie. Na początku, owszem, dominują uczucia i to bardzo pozytywne. Zakochać SIĘ - niejako dlatego, że podoba nam się to, jak druga osoba na nas działa. Że czujemy motylki w brzuchu. Że wciąż o niej myślimy. Do tego dochodzi bliskość fizyczna - dotyk, przytulenie. Ale to jeszcze nie miłość. To, że jest nam z kimś dobrze, nie wystarczy do podjęcia decyzji o małżeństwie. Bo tak jak zgodnie z przysłowiem Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, tak o partnerze (chłopaku, dziewczynie) najpełniej świadczy codzienność. Szare czasem życie. Zmęczenie w oczach, gdy już znikł gdzieś ten błysk, który tak nas zauroczył. Kłótnie. Czy obraża mnie? Czy wyzywa? Czy umyślnie rani? A może zamierza wspólnie ze mną rozwiązać problem, jaki się pojawił? Nie chce rywalizować, ale pomóc. Nie pragnie grać w przeciwnej drużynie, ale współpracować dla naszego wspólnego dobra.

Miłość buduje się stopniowo w poświęceniu dla drugiej osoby. W trosce, czułości, jaką się jej okazuje. W poszanowaniu jej samej właśnie jako Osoby. Odmiennej ode mnie, ale przecież nie gorszej. Kobieta i mężczyzna mają do spełnienia różne role w życiu, ale są tak samo wartościowi. Ta inność zarówno męska jak i kobieca jest atutem każdego z nas. Realizujemy się w obecności drugiego. Oczywiście bardzo ważna jest wspólnota, to, co nas łączy, wspólne wartości, pasje, zajęcia, zainteresowania. To jednak tylko baza. Niezbędna jest nadbudowa. Akceptując to, co nas dzieli, nie należy zapominać o tym, że miłość ma być wymagająca. Wymagajcie od siebie, nawet jeśli inni od was nie wymagają - mówił bł. Jan Paweł II. W związku bowiem chodzi również o to, by każdy się rozwijał, by każdy stawał się lepszy. Jednym słowem, by każdy zbliżał się do życia wiecznego.

Potrzeba realistycznej oceny, trzeźwego myślenia. Nie tylko uczuć. Oboje - kobieta i mężczyzna - mogą to uczynić, jeśli do jej emocjonalnej postawy na świat doda się jego racjonalizm i rozumowanie. A więc ponownie współpraca. Do tej układanki nie pasuje mi seks przed ślubem. Nie sadzę, by był on konieczny do pełnego poznania. Pomijając oczywiste wykroczenie przeciwko VI przykazaniu, może nam się wyłączyć trzeźwe myślenie - bo skoro jest nam tak dobrze, to dlaczego jest tak źle (po ślubie)? Na etapie przedmałżeńskim dopiero uczymy się prawdziwej miłości. Tej zaś nikt nie ujął lepiej niż św. Paweł w swoim Hymnie o miłości w 1 Liście do Koryntian.

Miłość cierpliwa jest. Jakże często tej cierpliwości zdaje się nam brakować. Nie tylko jeśli chodzi o seks. Po ślubie ludzie nieraz nie mają siły (ochoty), by walczyć o swój związek. Coraz więcej mamy rozwodów. Małżonkowie zapominają o słowach przysięgi małżeńskiej. I w takiej sytuacji staje się ona tylko czczą formułką. Bo po co przysięgało się wierność, jeśli się jej nie dotrzymuje? Po co przysięgać na dobre i na złe, skoro bywa, że zostaję tylko na dobre, a na złe już nie, bo za trudno? Miłość jest trudna, ale jest wielka miłość uczyła święta babcia. Jej wielkość i piękno zależą od nas.

czwartek, 25 października 2012

O miłości słów kilka - zwiastun

O miłości powiedziane zostało już wiele. Zaśpiewane, napisane, namalowane. Dziś oddaję głos pewnemu Panu i pewnej Pani... Niech to będzie zwiastun moich refleksji, które gdzieś już mi się w głowie tworzą, ale żadnej konkretnej formy jeszcze nie przybrały. Zwiastun wyjątkowy i czuły. Romantyczny i zmysłowy.


When I fall in love - Nat King Cole & Natalie Cole 

And the moment I can feel that
You feel that way too
Is when I fall in love with you

When I fall in love it will be forever

Or I'll never fall in love
In a restless world like this is
Love is ended before it's begun
And too many moonlight kisses
Seem to cool in the warmth of the sun

When I give my heart

(Give my heart)
It will be completely
(Completely)
Or I'll never give my heart
(Give my heart)

And the moment I can feel that

You feel that way too
Is when I fall in love
(When I fall in love)
With you

Ooh, this love feels so right


(When)

When I give my heart
(I give my heart)
It will be completely
(Completely)
Or I'll never give my heart
(Never, never, never give my heart)

And the moment I can feel that

You feel that way too
Is when I fall in love
When I fall in love
Is when I fall in love with you

I love you 

poniedziałek, 15 października 2012

Jeszcze o Smoleńsku

Zapewne większość czuje się już przesycona informacjami na ten temat. Niektórych pewnie też swego czasu drażnił sam widok Antoniego Macierewicza. Koronny argument tychże to wykorzystywanie tragedii do celów politycznych. Cóż to ma w ogóle znaczyć? Czyżby - "zostawcie umarłych umarłym"? Bo chyba nie - "pozwólcie rodzinom ofiar dobrze przeżyć czas żałoby"? Dwa lata temu okazało się, że najlepiej, gdyby żałoby w ogóle nie było. Zresztą państwo i tak zdało egzamin, więc po co poruszać jeszcze ten temat.

Otóż nie. Non omnis moriar. Powtórny pogrzeb Anny Walentynowicz uzmysłowił nam, że zmarli jednak nie dają o sobie łatwo zapomnieć. Cóż za perfidia z ich strony - czyżby też byli za PiS? Co więcej, kolejne ekshumacje nie są wcale wykluczone. Być może więcej osób spoczywa nie tam, gdzie powinna. Nikt nie chce się przyznać do winy - Prokurator Generalny Andrzej Seremet sugerował nawet, że to rodziny błędnie zidentyfikowały ciała swoich bliskich. Typowe. Również Marszałek Sejmu RP Ewa Kopacz nie ma sobie nic do zarzucenia. Oczywiście. Czy państwo, które odmawia wzięcia odpowiedzialności za błędy, nieścisłości, kłamstwa, pośpiech i zbytnią ufność Rosjanom (tak tłumaczyła się właśnie Ewa Kopacz) jest państwem, które zdało egzamin? Jak się okazało, nawet sprowadzenie ciał i pochowanie ofiar sprawiło problemy...

Tymczasem gdzieś w Polsce... Spuszczony ze smyczy naczelny (w zasadzie polemizowałabym, czy należący do naczelnych) i ujadający piesek Platformy Stefan N. zasugerował, że rodziny powinny zapłacić za ponowne pochówki swoich krewnych. W końcu to bez znaczenia, gdzie leżą, prawda? Z kolei główny noblista Lech W. posunął się do stwierdzenia, że przecież wszyscy mogliby spocząć w jednej wspólnej mogile. O ileż mniej byłoby wtedy problemów. W końcu modlić się można w domu. I zapalić wirtualny znicz. A, przepraszam, przecież w obecnych czasach modlitwa jest już passé! Zresztą zgodnie z promowanymi ostatnio hasłami pewnej partii Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę. Czy jakoś tak. Dokładnie nie wiem, bo na szczęście nie widziałam jeszcze tych billboardów.

A podobno prawa do pochówku nie sposób odmówić. Podobno ofiary, które zginęły w obozach koncentracyjnych mają swoje miejsca pamięci. Podobno groby naszych bliskich odwiedzamy, by ich wspomnieć - nie tylko od święta. Podobno to niemieccy naziści i komuniści grzebali wszystkich zbiorczo, jak leciało. Podobno ludzie ludziom zgotowali ten los (cyt. Z. Nałkowska).

A dziś jaki my im gotujemy los? Umarłym. Ale i żywym, którzy o nich pamiętają i chcą wyjaśnić to, co wydarzyło się ponad dwa lata temu.

poniedziałek, 8 października 2012

Pocałunek (poza)małżeński?

Prowokujące, prawda? Bynajmniej nie zachęcam nikogo do zdrady. Jeśli chodzi o miłość, to jestem zasadnicza - podkreślając zawsze wierność, uczciwość (nie tylko tę, którą przysięgamy przed ołtarzem, ale wobec każdego oczywiście). Pewnie patrząc z perspektywy braku zasad dzisiejszego świata, jestem dość nudna, ale tak, bawi mnie to. Bo wierność jest cudna. Z drugiej strony i w miłości jest wiele z racjonalizmu, trzeźwego patrzenia na świat, nie wystarczą same emocje, bo i miłość nie jest przecież uczuciem. Potrzeba także samozaparcia, determinacji. Krótko mówiąc walki.

Dzisiejszy temat jednak jest trochę inny. Pewnie niejedna z nas, kobiet, wyobrażała sobie ten dzień, kiedy stanie ze swoim wybrankiem serca (i rozumu!) przed ołtarzem. Większości panów też kiedyś czeka chwila, kiedy będą musieli porzucić tę upragnioną przez nich wolność i "dać się zakuć w małżeńskie kajdany".

Jednakże TEGO dnia nie trzeba wcale stanąć przy ołtarzu jednocześnie z Nim czy też z Nią. Bo jakkolwiek Kodeks rodzinny i opiekuńczy bezwzględnie wymaga jednoczesnej obecności przyszłych małżonków zarówno w USC jak i w Kościele (czy też innej świątyni danego związku wyznaniowego), to możliwe jest również zawarcie małżeństwa przez pełnomocnika w trybie art.6 k.r.o. Może to nastąpić tylko z ważnych powodów i za zezwoleniem sądu. O zezwolenie występuje zawsze osoba zamierzająca udzielić pełnomocnictwa do zawarcia małżeństwa - czyli przyszły ewentualny mocodawca (art.563 k.p.c.). Od sądu zależy, czy uzna dane okoliczności za powody uzasadniające zawarcie małżeństwa przez pełnomocnika. Toteż "żadna z góry określona sytuacja osoby ubiegającej się o zezwolenie na złożenie przez pełnomocnika oświadczenia o wstąpieniu w związek małżeński (...) nie może być sama przez się uznana za ważne powody w rozumieniu powołanego przepisu" (uchwała (7) SN z 6 czerwca 1970, sygn. III CZP 27/70). Ponadto koniecznym wymogiem jest również i ten, by pełnomocnictwo zostało udzielone na piśmie z podpisem notarialnie poświadczonym i by wskazywało osobę, z którą małżeństwo ma być zawarte (niedopuszczalne jest pełnomocnictwo blankietowe, dające wybór osoby przyszłego małżonka). Należy przypomnieć, że pełnomocnictwo to nie jest instytucją prawa cywilnego, lecz instytucją swoistą zawierającą w sobie również elementy czynności posłańca (przekazuje on bowiem oświadczenie woli w imieniu udzielającego pełnomocnictwo).

Wyżej wspomniane wymogi są konieczne i niezbędne do zawarcia ważnego związku małżeńskiego. W innym bowiem wypadku mocodawca będzie mógł żądać jego unieważnienia (art. 16 k.r.o.) Zatem związek nie stanie się nieważny ex lege (z mocy prawa). Tym bardziej, że jeśli małżonkowie zamieszkali razem i podjęli wspólne życie (przepis mówi o wspólnym pożyciu), to już nie będzie można unieważnić małżeństwa.

Pocałunek przed ołtarzem z taką osobą byłby jak najbardziej małżeński, tyle że pełnomocnik dokonałby go (jak to sucho i prawniczo brzmi!) w imieniu prawowitego małżonka. Choć szczerze mówiąc nie wiem, czy pełnomocnictwo mogłoby do tego upoważniać. Zdecydowanie wolałabym jednak mężowskiego, osobistego buziaka. Takiego romantycznego, na dobry początek. A nie "zastępczego".

wtorek, 2 października 2012

Cabrel...

To kolejna moja pasja. Francisa odkryłam kiedyś na etapie nauki francuskiego i od razu się nim zachwyciłam. I zachwycam do dziś. Każda jego piosenka ma w sobie to coś, tę magię. A teksty, które zresztą sam pisze, są bardzo różnorodne - od miłości, która, jak wiemy, niejedno ma imię, po piosenki "zaangażowane" poruszające takie problemy jak imigracja, tolerancja, ochrona środowiska.

Wiele jest tych ulubionych, ale jest jedna jedyna, od której wszystko się dla mnie zaczęło. Nosi tytuł  La Corrida i pochodzi z albumu Samedi soir sur la Terre wydanego w 1994 roku. Piosenka ta pisana i śpiewana jest z perspektywy byka, mającego wziąć udział w korridzie. Nie rozumie co się dzieje. Byk jest niemal ludzki, przemawia ludzkim głosem, wyraża swoje żale. Pyta retorycznie, jak można tańczyć i bawić się nad czyimś grobem. Ponieważ korrida to "wynalazek" hiszpański, zapewne dlatego w piosence pojawiają się wersy po hiszpańsku (zresztą Cabrel znacznie częściej śpiewa w tym języku). O samym wykonawcy szerzej kiedy indziej, dziś przede wszystkim TA piosenka. Dla miłośników języka francuskiego zamieszczam tekst:

Depuis le temps que je patiente
Dans cette chambre noire
J'entends qu'on s'amuse et qu'on chante
Au bout du couloir ;
Quelqu'un a touché le verrou
Et j'ai plongé vers le grand jour
J'ai vu les fanfares, les barrières
Et les gens autour

Dans les premiers moments j'ai cru
Qu'il fallait seulement se défendre
Mais cette place est sans issue
Je commence à comprendre
Ils ont refermé derrière moi
Ils ont eu peur que je recule
Je vais bien finir par l'avoir
Cette danseuse ridicule...

[Refrain] :
Est-ce que ce monde est sérieux ? x2
Andalousie je me souviens
Les prairies bordées de cactus
Je ne vais pas trembler devant
Ce pantin, ce minus !
Je vais l'attraper, lui et son chapeau
Les faire tourner comme un soleil

Ce soir la femme du torero
Dormira sur ses deux oreilles
Est-ce que ce monde est sérieux ? x2

J'en ai poursuivi des fantômes
Presque touché leurs ballerines
Ils ont frappé fort dans mon cou
Pour que je m'incline

Ils sortent d'où ces acrobates
Avec leurs costumes de papier ?
J'ai jamais appris à me battre
Contre des poupées
Sentir le sable sous ma tête
C'est fou comme ça peut faire du bien
J'ai prié pour que tout s'arrête
Andalousie je me souviens

Je les entends rire comme je râle
Je les vois danser comme je succombe
Je pensais pas qu'on puisse autant
S'amuser autour d'une tombe
Est-ce que ce monde est sérieux ? x2

Si, si hombre, hombre
Baila, baila

Hay que bailar de nuevo
Y mataremos otros
Otras vidas, otros toros
Y mataremos otros
Venga, venga a bailar...

I samą piosenkę oczywiście!


sobota, 29 września 2012

"Dwoje do poprawki" reż. David Frankel

Podobno to film raczej dla małżeństw z dłuższym stażem. Ponieważ ani ze mnie małżonka, ani tym bardziej z długim stażem, postanowiłam zobaczyć ten film. Lepiej wiedzieć, jak zapobiegać kryzysom lub choćby wiedzieć, co robić, jeśli takowe się zdarzą. A one się zdarzają. Miłość nie oznacza zawsze szczęścia.

Jednak wydawałoby się, iż ta para - Kay (w tej roli Meryl Streep) i Arnold (Tommy Lee Jones) - zabrnęła już za daleko. Że stali się zbyt obojętni. Miłość zastąpiła rutyna codziennych czynności. Czułość zanikła, rozpłynęła się gdzieś pomiędzy czytaną przez Arnolda poranną gazetą a wieczornym programem o golfie. Niby mieszkają razem, ale tak naprawdę żyją obok siebie. Czy zostało im jeszcze coś wspólnego oprócz domu, w którym mieszkają? W końcu mają nawet osobne pokoje, a ostatnio kochali się...

Szorstki, nieczuły, niczego nierozumiejący On. I Ona - cierpiąca i próbująca od początku posklejać na nowo ich związek. Niebywały kontrast - gra aktorska Meryl Streep i Tommy'ego Lee Jonesa jeszcze to podkreśla. W tym miejscu nasuwa się konstatacja, że często to kobiety właśnie widzą więcej, wiedzą, że coś jest nie tak - w końcu my poruszamy się lepiej po świecie uczuć. A ich brak w stosunku do nas odczuwamy boleśnie. Mężczyźni z kolei duszą wszystko w sobie - Arnold się przyzwyczaił, było mu tak wygodnie. Zresztą jak się okazuje w dalszej części, on również ma wiele pretensji do swojej żony. Wszystko rozwiązałaby - dużo wcześniej - dobra komunikacja miedzy małżonkami. Niestety, oni już ze sobą nie rozmawiają. Nie potrafią. Małżeństwo z ponad 30 letnim stażem wydaje się być na skraju rozpadu.

Przechodzą terapię - można by ją nazwać szokowo - wstrząsową. Nie chodzi tylko o seks. Nie. Bo nie zacznie im to nagle wychodzić samo z siebie. Potrzebują odbudowania więzi, bliskości. Czasami sceny te wywołują nasze rozbawienie (jak choćby ta, w której Kay uczy się seksu oralnego), czasami zaś nie można opanować wzruszenia, może nawet łez - gdy bohaterowie próbują wyrażać swoje uczucia. Nawet te najbardziej negatywne, jak złość, gniew, irytację.

Polecam ten film wszystkim - nie, nie tylko starszym małżeństwom. Dlatego, że warto wiedzieć jak być ze sobą również w tych gorszych dniach. Jak wychodzić z kryzysów. Jak walczyć o małżeństwo - bo nie jest to tylko papierek, jak niektórym się wydaje. Myślę, że skojarzenie z Fireproof nie będzie błędem, choć tam przemiana męża wynika przede wszystkim z odbudowania przez niego relacji z Bogiem.

poniedziałek, 24 września 2012

Miłość

Miłość patrzy w oczy
odważnie.
Rozmawia.
Miłość daje i bierze.
Daje szansę.
Bierze w ramiona.
Miłość współodczuwa.
Nie zostawia samym -
- lecz nie pozbawia wolności.
To nie same chęci -
 - piekło to chęci!
Miłość to wola i praca.
Wola, by być.
Praca - być każdego dnia.

niedziela, 23 września 2012

Książkowe ujęcie


Wśród miejskiego gwaru, komunikacyjnego chaosu, kędy zapał nie tworzy cudów, a jedynie złudzenia, ułudy, Przechodniu sięgnij po książkę i odnajdź swoją własną Krainę Cudów. Marzeń. Pragnień. Uczuć jak z bajki i przygód jak z Indiany Jonesa (wybaczcie to porównanie, bynajmniej nieksiążkowe, ale uwielbiam Indianę!)

Mój własny osobisty cud? Na bieżąco i bez opóźnienia czytać wszystkie numery Uważam Rze. Cud się na razie nie zdarzył, ale kto wie, kto wie.

sobota, 22 września 2012

Antoni Libera, "Madame"

Są książki czytane tylko raz w życiu. Po przeczytaniu odchodzą w niebyt, w najodleglejsze zakątki naszej pamięci. Nie chcemy ich już widzieć i często oddajemy je potem do biblioteki (moja Mama tak robi, muszę przyznać, że to dobra metoda, inaczej utonęłybyśmy w morzu miałkiej literatury). Niczym nas do siebie nie zraziły, ale też nie przekonały. Ot tak po prostu. Mówimy - nic ciekawego. Bywają też książki urocze, którym nic nie możemy zarzucić. I takie, które czytamy tylko w pewnym okresie naszego życia - które wręcz pochłaniamy (swojego czasu pochłaniałam książki np. Meg Cabot - wszystkie części Pamiętnika księżniczki).

Można powiedzieć, że w pewnym sensie literatura przypomina ...kuchnię. No tak, banalne stwierdzenie - książka pokarmem dla ducha. Owszem. Ale bywa, że po prostu mamy ochotę na kryminał, na literaturę faktu, poezję, czy romansidło, tak jak mamy ochotę na schabowego czy tartę z jabłkami. Stoimy więc przed biblioteczką i czujemy, jakiej książki szukamy. Zdarzało się, że stałam tak godzinami.

Jednakże istnieją pewne książki, które wymykają się wszelkim klasyfikacjom i o których nie można powiedzieć po prostu, że są dobre. Bo są niezwykłe. Doskonałe. Czarujące. I nie chodzi mi teraz o Harry'ego Pottera.

Takich książek mam kilka. Jedną z nich jest właśnie Madame Antoniego Libery. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, jednym z powodów, dla których ją kupiłam, był fakt, iż bohaterka jest nauczycielką francuskiego. Cóż, każdy powód jest dobry. Poza tym każdy znajdzie coś dla siebie w tej powieści. 

Właśnie akcenty francuskie wybijają się na pierwszy plan. Jakżeby inaczej, skoro główny  bohater i narrator mówi perfekcyjnie po francusku i zakochuje się w owej nauczycielce. Pisze dla niej wypracowania, w których słowa mienią się znaczeniami. Słowa, które służą nawiązaniu relacji. Dziś powiedzielibyśmy po prostu, że ze sobą flirtują. Gra wydaje się niebezpieczna, bywa, że narrator igra z ogniem. Bo w końcu łączy ich przede wszystkim stosunek podporządkowania nauczyciel - uczeń. Jednak pokusa okazuje się zbyt silna, a potem nie sposób już się wycofać.

A mimo to bohater z początku wydaje się nie doceniać czasów, w których żyje. Ma wrażenie, że wszystko co dobre, już przeminęło. Ta konstatacja bliska jest też dzisiejszemu pokoleniu. Często przecież wspominamy z nostalgią minione lata - te, które mieliśmy okazję przeżyć, ale i te, których nie dane nam było zobaczyć na własne oczy.

Madame jest niezwykle autentyczna w swojej wymowie, dzięki niej możemy dobrze poznać realia minionej epoki, lat 60. Autor (nie należy go utożsamiać z bohaterem, mimo iż narracja jest pierwszoosobowa) urodził się w 1949 roku, zatem zapewne czerpie inspirację ze swojego życia. Summa summarum, to bardzo bogata książka - bogata, bo można ją odkrywać na wiele sposobów, za każdym razem zwracając uwagę na coś innego. Niczym skarb. W mojej biblioteczce bezcenna.

Finis coronat opus. Na końcu bohater wreszcie otrzymuje to, na czym mu zależało od początku...




czwartek, 20 września 2012

Muzyczno - literackie inspiracje rodem z Francji

Tak, studiowałam kiedyś filologię romańską. Było to - hoho - dawno, dawno temu. Na szczęście nie wszystko zapomniałam i dziś chętnie do tych czasów choć na chwilę powrócę.

Udaję się więc w podróż do XIX wieku - w sumie dzieli mnie od niego niewiele, ok. 2 lat, kiedy to przestałam się nim zajmować na poważnie - a konkretnie do Victora Hugo. Pisarz, poeta. Napisał między innymi La fonction du poete (można przetłumaczyć jako Zadanie poety) - był przedstawicielem romantyzmu francuskiego. Utwór pochodzi ze zbiorku Les Rayons et les ombres z 1840 r.
Oczywiście romantyzm kojarzy nam się przede wszystkim z polskim mesjanizmem ("Polska Chrystusem narodów", ewentualnie "Polska Winkelriedem narodów" w zależności od tego, jaką wizję wybierzemy). Jednak Victor Hugo w swojej koncepcji poety odwoływał się do dobrze nam znanego człowieka, który widzi więcej, lepiej niż inni i który ma za zadanie przygotować wszystkich na nadchodzące czasy i niejako być ich przewodnikiem.

Ale nie przywołuję sobie Hugo ot tak bez powodu. Jest on bowiem też autorem wspaniałej powieści Katedra Marii Panny w Paryżu (oryginalny tytuł: Notre Dame de Paris). O samej książce może w szczegółach kiedy indziej, dziś wspominam o niej po pierwsze dlatego, aby spróbować ponownie wczuć się w klimat średniowiecznej Francji. A przede wszystkim tytułowej Katedry - noszącej ślady historii wszystkich pokoleń, będącej niemalże żywym pomnikiem tamtych czasów. Wystarczy wspomnieć, iż Quasimodo, dla którego była ona domem, nadał dzwonom imiona. Sam utwór to fascynująca mieszanka miłości - pełnej pasji, miłości zakazanej, pokusy, a z drugiej strony odzwierciedlenie tamtych czasów (polowanie na czarownice, których ofiarą padła Esmeralda).

Opowiadam o tej książce również dlatego, że na jej podstawie powstał w 1998 roku musical, z udziałem takich gwiazd jak Garou (w roli Quasimodo) czy Helene Segara w roli Esmeraldy. Piosenki, które zamieszczę - Il est venu le tems des cathedrales i Belle naprawdę nas przenoszą do tamtych czasów...

Il est venu le temps des cathedrales 



Belle


wtorek, 18 września 2012

(Bez)dzietność

Czytając sobie w ostatni piątek 14 września "Rzeczpospolitą", mówiąc potocznie, (nie)pospolitą "Rzepę" (choć przyznam, że po zmianie redaktora naczelnego, jest jakby mniej moich ulubionych "gorących" nazwisk) natknęłam się na artykuł pana Filipa Memchesa. To Pan, którego kojarzę też z "Uważam Rze" - kolejny "gorący" tytuł. Temat artykułu bardzo nośny - dzietność, albo raczej bezdzietność ("Dziecko? Nie, dziękuję") Oto link dla chcących sięgnąć do źródła: http://www.rp.pl/artykul/933141.html

Wydaje się zresztą, że sam problem narasta - obecnie przypada na Polkę średnio 1,3 dziecka. I nie wydaje się, by sytuacja miała się w najbliższym czasie poprawić. Kryzys ekonomiczny, który ma się dobrze w naszym kraju, rosnące bezrobocie, multum śmieciowych umów oferowanych młodym przez pracodawców (zleceniodawców) sprawiają, że ludzie obawiają się, czy stać ich na potomstwo. Lub inaczej stawiają sprawę - najpierw kariera (zwana także stabilizacją), dopiero potem dziecko. Czy słusznie? Owszem, nikt nie chce głodować z dzieckiem. Ale z drugiej strony problem braku dzieci to też problem ekonomiczny - kto będzie przyczyniał się do wzrostu gospodarczego, kto będzie pracował na nasze emerytury, jeśli społeczeństwo będzie się starzeć a dzieci przybywać nie będzie? W końcu może po prostu brakować rąk do pracy, więc pracować będziemy coraz dłużej i dłużej...

Kobiety często bardzo późno decydują się na dziecko. Niestety, bywa, że wtedy wcale nie jest o nie tak łatwo. Poza tym późne macierzyństwo to też ryzykowne macierzyństwo (wzrasta ryzyko wystąpienia u dziecka wad genetycznych). Sama jestem zresztą "późnym dzieckiem" (bynajmniej jednak nie z powodu odwlekania przez moją Mamę decyzji o ciąży).

Kobiece czasopisma raczej promują macierzyństwo "ryczących" 40 - poprzez ukazywanie szczęśliwych gwiazd show biznesu, zostających matkami ok. 40 roku życia. Wydaje nam się, że to takie łatwe, proste i przyjemne. Dlaczego więc nie miałybyśmy powielić tego wzorca? O ile w ogóle chciałybyśmy być kiedyś matkami. Bo w końcu po porodzie ciało jest brzydkie, obwisłe, mało jędrne, przybywa kilogramów, które nie tak łatwo zrzucić i rozstępów, które nie umilają nam życia. No i dziecko kosztuje tyle sił, pracy, pieniędzy. Już nie będzie można sobie z mężem (czy raczej w dobie naszych "postępowych" czasów - partnerem) pojechać na wakacje do Egiptu albo innej Tunezji.

Ważkie argumenty? Zapewne dla niektórych tak. Egoistyczne i płytkie? Z pewnością. Ale trudno się już obecnie czemuś dziwić, skoro cywilizacja śmierci, jak o niej mawiał Jan Paweł II, często dziecko uważa za problem. Niektórzy nawet otwarcie się do tego przyznają, jak Maria Czubaszek (cyt. za Filipem Memchesem): "Nigdy z tego powodu nie miałam traumy, tylko mówiłam: Boże, (to ona wierzy w Boga? - mój dopisek) jak to cudownie, że ja to zrobiłam. Gdyby się zdarzyło, że zaszłam w ciążę i byłby to siódmy czy ósmy miesiąc, to ja bym skoczyła z któregoś piętra, pod pociąg bym się rzuciła, ale na pewno bym tego dziecka nie urodziła". A ile to bezpłodnych par mogłoby spełnić się w roli rodziców, gdyby te dzieci zamiast zostać zabite, zostały oddane do adopcji...
Rozwiązanie jest jedno - postawić na rodzinę. To od niej się zaczyna budować społeczeństwo. Tak wyśmiewany przez niektórych Kościół katolicki właśnie to czyni. Dowodem jest choćby adhortacja apostolska Jana Pawła II o zadaniach rodziny chrześcijańskiej w świecie współczesnym "Familiaris Consortio".

W dzisiejszych czasach po prostu opłaca się - jak widać, także ekonomicznie - być przywiązanym do tradycyjnych wartości. Bo czy postępowy znaczy zawsze lepszy? O tym może kiedy indziej...