Witajcie!

Zapraszam do odkrycia moich pasji. Nie jest to mój pierwszy blog, mam nadzieję, że ten wytrzyma próbę czasu, zgodnie z maksymą: Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, to co napisane, pozostaje). Nie próbuję zbudować sobie horacjańskiego pomnika ze spiżu, chcę natomiast żyć zgodnie ze sobą i wartościami, którymi się kieruję. Taki też będzie mój blog.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 grudnia 2012

Koniec świata

Jak widać, jest to święto ruchome i jak zwykle - tak jak i przy każdym innym święcie - korzysta na tym wielu ludzi. Nie wspominam już o naszym, swojskim, wielkopolskim, Końcu Świata, ale w szczególności o tych, którzy na przykład wynajmują schrony, dzięki którym możliwe byłoby przeżycie "końca świata".

A koniec świata i tak kiedyś się zdarzy, przyjdzie niespodzianie i może nawet o tym nie będziemy wiedzieli... Skupieni na codziennych zajęciach, pracy, nauce, miłości.  Już może inny Donald Tusk będzie nam wmawiał, że zdarzą się w końcu w Polsce cuda. Kolejny Radek Sikorski będzie cieszył się, że na szczycie Unia-Rosja wspomniano gdzieś półgębkiem o wraku samolotu. I wciąż dziennikarze będą starali nam się wmówić co jest ładne, a co jest be. I kneblować usta niepokornym.

W tym wszystkim być może zapomnimy się wyciszyć, a może zapomnimy, co to dla nas wierzących oznacza koniec świata? Ale innego końca świata nie będzie.

Piosenka o końcu świata - Czesław Miłosz




      W dzień końca świata
      Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
      Rybak naprawia błyszczącą sieć.
      Skaczą w morzu wesołe delfiny,
      Młode wróble czepiają się rynny
      I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.W dzień końca świata
      Kobiety idą polem pod parasolkami,
      Pijak zasypia na brzegu trawnika,
      Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
      I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
      Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
      I noc gwiaździstą odmyka.
      A którzy czekali błyskawic i gromów,
      Są zawiedzeni.
      A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
      Nie wierzą, że staje się już.
      Dopóki słońce i księżyc są w górze,
      Dopóki trzmiel nawiedza różę,
      Dopóki dzieci różowe się rodzą,
      Nikt nie wierzy, że staje się już.
      Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
      Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
      Powiada przewiązując pomidory:
      Innego końca świata nie będzie,
      Innego końca świata nie będzie.
Jest to inna wizja niż zaprezentowana w Apokalipsie św. Jana. Bez kataklizmów, bez chaosu i paniki. Rządzi spokój, cisza. Ale jest jedno podobieństwo. Nie znamy dnia ani godziny kresu naszej cywilizacji.

niedziela, 23 września 2012

Książkowe ujęcie


Wśród miejskiego gwaru, komunikacyjnego chaosu, kędy zapał nie tworzy cudów, a jedynie złudzenia, ułudy, Przechodniu sięgnij po książkę i odnajdź swoją własną Krainę Cudów. Marzeń. Pragnień. Uczuć jak z bajki i przygód jak z Indiany Jonesa (wybaczcie to porównanie, bynajmniej nieksiążkowe, ale uwielbiam Indianę!)

Mój własny osobisty cud? Na bieżąco i bez opóźnienia czytać wszystkie numery Uważam Rze. Cud się na razie nie zdarzył, ale kto wie, kto wie.

sobota, 22 września 2012

Antoni Libera, "Madame"

Są książki czytane tylko raz w życiu. Po przeczytaniu odchodzą w niebyt, w najodleglejsze zakątki naszej pamięci. Nie chcemy ich już widzieć i często oddajemy je potem do biblioteki (moja Mama tak robi, muszę przyznać, że to dobra metoda, inaczej utonęłybyśmy w morzu miałkiej literatury). Niczym nas do siebie nie zraziły, ale też nie przekonały. Ot tak po prostu. Mówimy - nic ciekawego. Bywają też książki urocze, którym nic nie możemy zarzucić. I takie, które czytamy tylko w pewnym okresie naszego życia - które wręcz pochłaniamy (swojego czasu pochłaniałam książki np. Meg Cabot - wszystkie części Pamiętnika księżniczki).

Można powiedzieć, że w pewnym sensie literatura przypomina ...kuchnię. No tak, banalne stwierdzenie - książka pokarmem dla ducha. Owszem. Ale bywa, że po prostu mamy ochotę na kryminał, na literaturę faktu, poezję, czy romansidło, tak jak mamy ochotę na schabowego czy tartę z jabłkami. Stoimy więc przed biblioteczką i czujemy, jakiej książki szukamy. Zdarzało się, że stałam tak godzinami.

Jednakże istnieją pewne książki, które wymykają się wszelkim klasyfikacjom i o których nie można powiedzieć po prostu, że są dobre. Bo są niezwykłe. Doskonałe. Czarujące. I nie chodzi mi teraz o Harry'ego Pottera.

Takich książek mam kilka. Jedną z nich jest właśnie Madame Antoniego Libery. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, jednym z powodów, dla których ją kupiłam, był fakt, iż bohaterka jest nauczycielką francuskiego. Cóż, każdy powód jest dobry. Poza tym każdy znajdzie coś dla siebie w tej powieści. 

Właśnie akcenty francuskie wybijają się na pierwszy plan. Jakżeby inaczej, skoro główny  bohater i narrator mówi perfekcyjnie po francusku i zakochuje się w owej nauczycielce. Pisze dla niej wypracowania, w których słowa mienią się znaczeniami. Słowa, które służą nawiązaniu relacji. Dziś powiedzielibyśmy po prostu, że ze sobą flirtują. Gra wydaje się niebezpieczna, bywa, że narrator igra z ogniem. Bo w końcu łączy ich przede wszystkim stosunek podporządkowania nauczyciel - uczeń. Jednak pokusa okazuje się zbyt silna, a potem nie sposób już się wycofać.

A mimo to bohater z początku wydaje się nie doceniać czasów, w których żyje. Ma wrażenie, że wszystko co dobre, już przeminęło. Ta konstatacja bliska jest też dzisiejszemu pokoleniu. Często przecież wspominamy z nostalgią minione lata - te, które mieliśmy okazję przeżyć, ale i te, których nie dane nam było zobaczyć na własne oczy.

Madame jest niezwykle autentyczna w swojej wymowie, dzięki niej możemy dobrze poznać realia minionej epoki, lat 60. Autor (nie należy go utożsamiać z bohaterem, mimo iż narracja jest pierwszoosobowa) urodził się w 1949 roku, zatem zapewne czerpie inspirację ze swojego życia. Summa summarum, to bardzo bogata książka - bogata, bo można ją odkrywać na wiele sposobów, za każdym razem zwracając uwagę na coś innego. Niczym skarb. W mojej biblioteczce bezcenna.

Finis coronat opus. Na końcu bohater wreszcie otrzymuje to, na czym mu zależało od początku...




czwartek, 20 września 2012

Muzyczno - literackie inspiracje rodem z Francji

Tak, studiowałam kiedyś filologię romańską. Było to - hoho - dawno, dawno temu. Na szczęście nie wszystko zapomniałam i dziś chętnie do tych czasów choć na chwilę powrócę.

Udaję się więc w podróż do XIX wieku - w sumie dzieli mnie od niego niewiele, ok. 2 lat, kiedy to przestałam się nim zajmować na poważnie - a konkretnie do Victora Hugo. Pisarz, poeta. Napisał między innymi La fonction du poete (można przetłumaczyć jako Zadanie poety) - był przedstawicielem romantyzmu francuskiego. Utwór pochodzi ze zbiorku Les Rayons et les ombres z 1840 r.
Oczywiście romantyzm kojarzy nam się przede wszystkim z polskim mesjanizmem ("Polska Chrystusem narodów", ewentualnie "Polska Winkelriedem narodów" w zależności od tego, jaką wizję wybierzemy). Jednak Victor Hugo w swojej koncepcji poety odwoływał się do dobrze nam znanego człowieka, który widzi więcej, lepiej niż inni i który ma za zadanie przygotować wszystkich na nadchodzące czasy i niejako być ich przewodnikiem.

Ale nie przywołuję sobie Hugo ot tak bez powodu. Jest on bowiem też autorem wspaniałej powieści Katedra Marii Panny w Paryżu (oryginalny tytuł: Notre Dame de Paris). O samej książce może w szczegółach kiedy indziej, dziś wspominam o niej po pierwsze dlatego, aby spróbować ponownie wczuć się w klimat średniowiecznej Francji. A przede wszystkim tytułowej Katedry - noszącej ślady historii wszystkich pokoleń, będącej niemalże żywym pomnikiem tamtych czasów. Wystarczy wspomnieć, iż Quasimodo, dla którego była ona domem, nadał dzwonom imiona. Sam utwór to fascynująca mieszanka miłości - pełnej pasji, miłości zakazanej, pokusy, a z drugiej strony odzwierciedlenie tamtych czasów (polowanie na czarownice, których ofiarą padła Esmeralda).

Opowiadam o tej książce również dlatego, że na jej podstawie powstał w 1998 roku musical, z udziałem takich gwiazd jak Garou (w roli Quasimodo) czy Helene Segara w roli Esmeraldy. Piosenki, które zamieszczę - Il est venu le tems des cathedrales i Belle naprawdę nas przenoszą do tamtych czasów...

Il est venu le temps des cathedrales 



Belle