Gwoli ścisłości, dla tych, którzy nie interesują się tak sportem: Jerzy Janowicz, niespełna 22-letni tenisista z Łodzi, do tej pory 69. w rankingu ATP, dotarł w ubiegłym tygodniu do finału turnieju ATP z serii Masters 1000 w Paryżu (w którym musiał uznać wyższość Hiszpana Davida Ferrera). Zauroczył, zachwycił, zaczarował swoją grą - opartą nie tylko na atomowym serwisie (Jerzyk ma przecież ponad 2 m wzrostu), ale także m.in. na delikatnych wrzutkach piłki za siatkę - dropszotach. Pokonał kilku tenisistów z pierwszej 20 rankingu, w tym Andy'ego Murraya, aktualnego mistrza olimpijskiego i tegorocznego triumfatora turnieju wielkoszlemowego US Open. Jerzy Janowicz awansował tym samym na 26 miejsce w rankingu... To kolejna postać w tenisie - po Agnieszce Radwańskiej - która ożywiła u nas ten elitarny przecież sport.
Zdarzył nam się więc Jerzyk. A właściwie dopiero zdarza. Już zahipnotyzował wielu z nas, ale należy przestrzec przed zbytnim pompowaniem balona sukcesu. Na razie to tylko jeden turniej. Poczekajmy na przyszły rok, kiedy to w wielu meczach Jerzy będzie musiał odnaleźć się w roli faworyta. Osobiście trzymam kciuki, a niespożyta energia, ambicja i pewna buntowniczość na korcie tego młodzieńca (brak respektu przed starymi wyjadaczami) każą wierzyć, że będzie dobrze.
Nie zmienia to faktu, że jesteśmy wciąż głodni sukcesów. Pierwsze sukcesy Adama Małysza i zaczęło się.... Konkursy w Zakopanem, szał radości, małyszomania. Wyskoczył jak gdyby z niebytu, trochę jak filip (Adam) z konopi. Nie ukrywajmy, że wielka była w tym zasługa jego talentu, można powiedzieć, że talent się obronił. Szkolenie młodych w tamtym czasie leżało i kwiczało. Podobnie było z Justyną Kowalczyk. Ona i dalej wielka przepaść.
Ten głód sukcesów jest czasem tak wielki, że niektórym ciężko zaakceptować porażki. Kiedy Adam Małysz wpadał w dołki w swojej karierze sportowej (np. mistrzostwa świata w Obersdorfie w 2005 r., igrzyska w Turynie rok później), odsyłano go już na emeryturę. Na dachy. Nie paryskie, ale te nasze, znad Wisły i w Wiśle. Oczywiste wydaje się bowiem stwierdzenie, że są kibice nie tylko wierni, ale także i niedzielni. Kibice sukcesu, nie zawodnika. W tym miejscu pomijam naturalnie kiboli (nie mylić z kiblami!) rodem z piłkarskiego półświatka.
Radwańską zmieszano z błotem po igrzyskach w Londynie, kiedy to odpadła w pierwszej rundzie. Zarzucano jej brak walki, zniechęcenie, niemrawość. Czy przegranie meczu w 3 setach (w kobiecym tenisie gra się do dwóch wygranych setów) to brak woli zwycięstwa? Można łatwo wytłumaczyć zachowanie kibiców w stosunku do Agnieszki. Balon tryumfu został do maksimum nadmuchany po osiągniętym przez naszą tenisistkę sukcesie na kortach Wimbledonu, kiedy to wszyscy zachłysnęli się jej pierwszym wielkoszlemowym finałem. I natychmiast zaczęły się spekulacje co do koloru medalu, jaki zdobędzie.
Pozwolę sobie stwierdzić, że sukcesy naszych sportowców leczą nas po trosze z narodowych kompleksów. Ile to razy marzymy, aby nasi bili "Rusków" i "Szwabów". Lata wojny, a potem czasy PRL zrobiły swoje. Zwycięstwa niektórych są niezapomniane, tak jak ich postawa - choćby słynny gest Kozakiewicza. Innym razem rzucamy śnieżkami w Niemca, bo ośmielił się brzydko okazywać radość po wygranej (tak było ze Svenem Hannavaldem). Za każdym razem chcemy się odkuć. Pokazać, że Polak też potrafi. I to nie tylko pięknie walczyć, ale także wygrywać.
A oni potrafią. Tak potrafił Małysz, potrafi Radwańska, Kowalczyk. I myślę, że będzie potrafił także Janowicz. Dopóki walczą, są zwycięzcami. Odnoszą sukcesy!
(y)
OdpowiedzUsuń:v
OdpowiedzUsuńW tym co piszesz ujęłaś sedno sprawy:)Kochamy kiedy wygrywamy, a jak przegrywamy to szukamy winnego :)
OdpowiedzUsuńHmmm, każde zwycięstwo zaostrza apetyt:)
Swoją drogą nie rozumiem dlaczego za sport narodowy uważa się wciąż piłkę nożną, jeśli w innych dziedzinach jesteśmy o niebo lepsi? Swego czasu: piłka ręczna i siatkówka :) heh Polacy kto ich zrozumie? :)
Pozdrawiam autorkę :)