Są książki czytane tylko raz w życiu. Po przeczytaniu odchodzą w niebyt, w najodleglejsze zakątki naszej pamięci. Nie chcemy ich już widzieć i często oddajemy je potem do biblioteki (moja Mama tak robi, muszę przyznać, że to dobra metoda, inaczej utonęłybyśmy w morzu miałkiej literatury). Niczym nas do siebie nie zraziły, ale też nie przekonały. Ot tak po prostu. Mówimy - nic ciekawego. Bywają też książki urocze, którym nic nie możemy zarzucić. I takie, które czytamy tylko w pewnym okresie naszego życia - które wręcz pochłaniamy (swojego czasu pochłaniałam książki np. Meg Cabot - wszystkie części Pamiętnika księżniczki).
Można powiedzieć, że w pewnym sensie literatura przypomina ...kuchnię. No tak, banalne stwierdzenie - książka pokarmem dla ducha. Owszem. Ale bywa, że po prostu mamy ochotę na kryminał, na literaturę faktu, poezję, czy romansidło, tak jak mamy ochotę na schabowego czy tartę z jabłkami. Stoimy więc przed biblioteczką i czujemy, jakiej książki szukamy. Zdarzało się, że stałam tak godzinami.
Jednakże istnieją pewne książki, które wymykają się wszelkim klasyfikacjom i o których nie można powiedzieć po prostu, że są dobre. Bo są niezwykłe. Doskonałe. Czarujące. I nie chodzi mi teraz o Harry'ego Pottera.
Takich książek mam kilka. Jedną z nich jest właśnie Madame Antoniego Libery. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, jednym z powodów, dla których ją kupiłam, był fakt, iż bohaterka jest nauczycielką francuskiego. Cóż, każdy powód jest dobry. Poza tym każdy znajdzie coś dla siebie w tej powieści.
Właśnie akcenty francuskie wybijają się na pierwszy plan. Jakżeby inaczej, skoro główny bohater i narrator mówi perfekcyjnie po francusku i zakochuje się w owej nauczycielce. Pisze dla niej wypracowania, w których słowa mienią się znaczeniami. Słowa, które służą nawiązaniu relacji. Dziś powiedzielibyśmy po prostu, że ze sobą flirtują. Gra wydaje się niebezpieczna, bywa, że narrator igra z ogniem. Bo w końcu łączy ich przede wszystkim stosunek podporządkowania nauczyciel - uczeń. Jednak pokusa okazuje się zbyt silna, a potem nie sposób już się wycofać.
A mimo to bohater z początku wydaje się nie doceniać czasów, w których żyje. Ma wrażenie, że wszystko co dobre, już przeminęło. Ta konstatacja bliska jest też dzisiejszemu pokoleniu. Często przecież wspominamy z nostalgią minione lata - te, które mieliśmy okazję przeżyć, ale i te, których nie dane nam było zobaczyć na własne oczy.
Madame jest niezwykle autentyczna w swojej wymowie, dzięki niej możemy dobrze poznać realia minionej epoki, lat 60. Autor (nie należy go utożsamiać z bohaterem, mimo iż narracja jest pierwszoosobowa) urodził się w 1949 roku, zatem zapewne czerpie inspirację ze swojego życia. Summa summarum, to bardzo bogata książka - bogata, bo można ją odkrywać na wiele sposobów, za każdym razem zwracając uwagę na coś innego. Niczym skarb. W mojej biblioteczce bezcenna.
Finis coronat opus. Na końcu bohater wreszcie otrzymuje to, na czym mu zależało od początku...
Może kiedyś sięgnę po tę książkę :) Ja jestem zafascynowana obecnie dziełami Carlosa Ruiz Zafona! Bardzo polecam!
OdpowiedzUsuń