Czytając sobie w ostatni piątek 14 września "Rzeczpospolitą", mówiąc potocznie, (nie)pospolitą "Rzepę" (choć przyznam, że po zmianie redaktora naczelnego, jest jakby mniej moich ulubionych "gorących" nazwisk) natknęłam się na artykuł pana Filipa Memchesa. To Pan, którego kojarzę też z "Uważam Rze" - kolejny "gorący" tytuł. Temat artykułu bardzo nośny - dzietność, albo raczej bezdzietność ("Dziecko? Nie, dziękuję") Oto link dla chcących sięgnąć do źródła: http://www.rp.pl/artykul/933141.html
Wydaje się zresztą, że sam problem narasta - obecnie przypada na Polkę średnio 1,3 dziecka. I nie wydaje się, by sytuacja miała się w najbliższym czasie poprawić. Kryzys ekonomiczny, który ma się dobrze w naszym kraju, rosnące bezrobocie, multum śmieciowych umów oferowanych młodym przez pracodawców (zleceniodawców) sprawiają, że ludzie obawiają się, czy stać ich na potomstwo. Lub inaczej stawiają sprawę - najpierw kariera (zwana także stabilizacją), dopiero potem dziecko. Czy słusznie? Owszem, nikt nie chce głodować z dzieckiem. Ale z drugiej strony problem braku dzieci to też problem ekonomiczny - kto będzie przyczyniał się do wzrostu gospodarczego, kto będzie pracował na nasze emerytury, jeśli społeczeństwo będzie się starzeć a dzieci przybywać nie będzie? W końcu może po prostu brakować rąk do pracy, więc pracować będziemy coraz dłużej i dłużej...
Kobiety często bardzo późno decydują się na dziecko. Niestety, bywa, że wtedy wcale nie jest o nie tak łatwo. Poza tym późne macierzyństwo to też ryzykowne macierzyństwo (wzrasta ryzyko wystąpienia u dziecka wad genetycznych). Sama jestem zresztą "późnym dzieckiem" (bynajmniej jednak nie z powodu odwlekania przez moją Mamę decyzji o ciąży).
Kobiece czasopisma raczej promują macierzyństwo "ryczących" 40 - poprzez ukazywanie szczęśliwych gwiazd show biznesu, zostających matkami ok. 40 roku życia. Wydaje nam się, że to takie łatwe, proste i przyjemne. Dlaczego więc nie miałybyśmy powielić tego wzorca? O ile w ogóle chciałybyśmy być kiedyś matkami. Bo w końcu po porodzie ciało jest brzydkie, obwisłe, mało jędrne, przybywa kilogramów, które nie tak łatwo zrzucić i rozstępów, które nie umilają nam życia. No i dziecko kosztuje tyle sił, pracy, pieniędzy. Już nie będzie można sobie z mężem (czy raczej w dobie naszych "postępowych" czasów - partnerem) pojechać na wakacje do Egiptu albo innej Tunezji.
Ważkie argumenty? Zapewne dla niektórych tak. Egoistyczne i płytkie? Z pewnością. Ale trudno się już obecnie czemuś dziwić, skoro cywilizacja śmierci, jak o niej mawiał Jan Paweł II, często dziecko uważa za problem. Niektórzy nawet otwarcie się do tego przyznają, jak Maria Czubaszek (cyt. za Filipem Memchesem): "Nigdy z tego powodu nie miałam traumy, tylko mówiłam: Boże, (to ona wierzy w Boga? - mój dopisek) jak to cudownie, że ja to zrobiłam. Gdyby się zdarzyło, że zaszłam w ciążę i byłby to siódmy czy ósmy miesiąc, to ja bym skoczyła z któregoś piętra, pod pociąg bym się rzuciła, ale na pewno bym tego dziecka nie urodziła". A ile to bezpłodnych par mogłoby spełnić się w roli rodziców, gdyby te dzieci zamiast zostać zabite, zostały oddane do adopcji...
Rozwiązanie jest jedno - postawić na rodzinę. To od niej się zaczyna budować społeczeństwo. Tak wyśmiewany przez niektórych Kościół katolicki właśnie to czyni. Dowodem jest choćby adhortacja apostolska Jana Pawła II o zadaniach rodziny chrześcijańskiej w świecie współczesnym "Familiaris Consortio".
W dzisiejszych czasach po prostu opłaca się - jak widać, także ekonomicznie - być przywiązanym do tradycyjnych wartości. Bo czy postępowy znaczy zawsze lepszy? O tym może kiedy indziej...
Czytałem, i fajne :)
OdpowiedzUsuńPrzeczytałem...
OdpowiedzUsuńPoczątek i "środek" bardzo dobry, jak dla mnie myśl końcowa postawiona zbyt szybko.
Poczekam na kolejne :)
Czytałam i nie do końca się zgadzam...Aczkolwiek tekst super napisany :)
OdpowiedzUsuńKościół nie pomoże bezrobotnej matce nakarmić dziecka. Kościół nie pomoże ojcu zapracować na utrzymanie rodziny. Czasy mamy takie, że jak kobieta zachodzi w ciąże to nie wiadomo czy będzie mogła wrócić do swojej pracy.
Moim zdaniem: kościół jako instytucja traci na wartości, ponieważ ludzie zaczynają dostrzegać ogromną hipokryzję księży. To oni sprawiają, że kościół- raczej częściej kojarzy się z matactwami, nieślubnymi dziećmi księży i czczym moralizatorstwem.
Z czystego rozsądku nie decydujemy się na dzieci. Przecież każdy rodzic pragnie dać dziecku wszystko co najlepsze. Jeśli rodziców nie stać na mieszkanie, jeśli sami żyją w niepewności to jak mogą dziecku zapewnić godziwe warunki życia???
Myślę, że niewiele jest par, które nie decydują się na dziecko tylko dlatego, że nie będą mogły jechać do Tunezji czy Egiptu. Zdecydowana większość po prostu ma problem z tym gdzie będą mieszkać.
A Pani Maria Czubaszek - to osoba która nie wie co mówi (albo bredzi, majaczy) :) Jestem na tą osobę uczulona. Podobnie jak na Pana Korwin- Mikke. Takich ludzi nie powinno się pokazywać, bo to co oni mówią uwłacza ludzkiej godności...
Pozdrawiam
Zapomniałam napisać, że dodaje bloga do moich ulubionych stron :)
OdpowiedzUsuńNależy pamiętać, że Kościół to ludzie,w dodatku ludzie grzeszni a więc wszyscy mamy coś za uszami. Jakoś dziwnym trafem więcej się mówi o księżach pedofilach niż tych dobrych kapłanach. A prawda jest taka, że pedofile mogą znaleźć się w każdej grupie zawodowej. A co do bloga, teraz będę musiała trzymać poziom. I tak na koniec - to ten Egipt nie był aluzją do Ciebie , Solenka :)
OdpowiedzUsuńA i jeszcze coś - Kościół przecież angażuje się w pomoc rodzinie poprzez choćby akcje charytatywne. U mnie w parafii są to np. zbiórki na rzecz najuboższych rodzin (z okazji Świąt), organizowanie dzieciom kolonii, półkolonii, a w czasie roku szkolnego zajęć w oratorium.
OdpowiedzUsuńAniu, ale przecież to pomoc dla części. Jak sama piszesz-najuboższych rodzin. Co zatem z tymi średnio ubogimi?(nie używam słowa klasa średnia, gdyż w mojej opinii taka nie istnieje w Polsce)
OdpowiedzUsuńJak rodzina ma myśleć o dzieciach, kiedy duża część wypłaty idzie na kredyty mieszkaniowe i codzienne wydatki. Dziecko to inwestycja. Jeśli się pojawia - staje się naszym priorytetem.
Patrząc z drugiej strony - czy kiedyś były (będą?) idealne czasy do rodzenia dzieci? W PRL też każdy miał ciężko, jednak rodziło się wtedy więcej dzieci.To była inna mentalność - dziś przecież pojawiają się opinie, że jeśli jest ciężko,a akurat "zdarzyło" się dziecko, no to przecież można usunąć. Dziecko to inwestycja - tak, ale myślę, ze jeśli o taką inwestycję chodzi, warto ryzykować, bo zyski mogą być większe niż straty. Chodzi mi także o te ekonomiczne zyski - dla wszystkich i dla każdego z nas osobno, bo kiedy rodzice wymagają opieki na starość, to właśnie dzieci się nimi zajmują.
OdpowiedzUsuńTo już różnie bywa z tym zajmowaniem się na starość :) Zaufaj mi :)
OdpowiedzUsuńW PRL (będę kontrowersyjna ;) żyło się ludziom lepiej. To już tak generalizując. Moim zdaniem dzisiejsze czasy nie mają nic do zaoferowania osobom decydującym się na założenie rodziny. Kobieta zachodząc w ciąże kiedyś miała większe poczucie stabilizacji. Nieodparcie odnoszę wrażenie, że ludzie demonizują te czasy : było źle i koniec. Ja mówię: nie wszystko i nie dla każdego. Pod tym względem w dzisiejszych czasach niewiele się zmieniło.
Oczywiście jestem zdania, że warto mieć dzieci, bo dają dużo radości. Jednak jaka to radość kiedy w jednym mieszkaniu, żyje mama, tata, brat, babcia, dziadek, ciocia, wuja? Ryzykować i brać kredyt na 300 tys? W dobie kryzysu? Wydaje się to być szalone!
Reasumując: Dobrze jest mieć dzieci, jednak, zanim się zacznie od dzieci wymagać, by opiekowały się nami - trzeba im coś dać! Według mnie wszystko co najlepsze! Dlatego poczekam, aż będzie mnie "stać" :) Nie ma w tym nic dziwnego, iż podobnie myśli wiele młodych osób i nie decydują się na dzieci. Ponad to kiedyś ludzie bali ślub w wieku 20 lat i decydowali się na pierwsze dziecko. Dziś ślub w wieku 30 nikogo nie dziwi. Pierwsze dziecko w wieku 30 lat? Norma. Na drugie czasami nie pozwala już nasza fizjologia. To wszystko się sumuje i daje niż demograficzny :)
Jeszcze odnosząc się do wzmianki o domach dziecka-przecież dzieci nie są tam wcale szczęśliwe...
Tak, oczywiście z dzieckiem też nie należy się zbytnio spieszyć - trzeba być ponadto gotowym psychicznie. Z drugiej jednak strony, im później, tym o dziecko może być trudniej.
OdpowiedzUsuńDochodzę do wniosku, że w sumie ostatecznie się zagaszamy :D (poza drobiazgami :))
OdpowiedzUsuńTo bardzo dobrze :D
OdpowiedzUsuń